rozdział 19 - korytarz

- Jak tu dziwnie – pomyślała Ania, a echo powtórzyło jej myśli na głos. Dziewczyna stała na środku wielkiego, zimnego korytarza, w którym było mnóstwo małych drzwi. Nie wiedziała, gdzie jest, gdzie iść ani dokąd zmierza. Zastanawiała się czy ktoś jest tu oprócz niej i usłyszała swój głos odbijający się od ścian: „Jest tu ktoś?”. Czy to tak wygląda śmierć? Inaczej wyobrażała sobie niebo, tu było zimno, strasznie zimno i ciemno. Światło dochodziło tylko z małych szczelin w drzwiach. A może wcale nie pójdzie do Nieba? Popełniła samobójstwo, może to jest droga do Piekła? A może wszystko zależy od tego, którą drogę teraz wybierze? Ale tu tyle drzwi, więc, gdzie iść? W których drzwiach czeka na nią jej dzieciątko? Przyzwyczaiła się do odbijającego się od ścian głosu jej własnych myśli, więc nie zwracała już na to większej uwagi. Chodziła od drzwi do drzwi, przyglądając się im dokładnie. Ale im dalej szła – tym więcej drzwi się pojawiało. Postanowiła wrócić do początku, ale niestety już go nie znalazła, gdyż z każdym krokiem pojawiały się nowe drzwi. W końcu postanowiła wejść do małych, mosiężnych drzwi. Gdy drzwi zaskrzypiały, a ona weszła do środka, ujrzała kilka kolejnych drzwi, ale te którymi tu weszła już zniknęły. – Aha… czyli powrotu już nie mam. No cóż trzeba iść dalej, tylko gdzie? – zastanawiała się. Ruszyła w kierunku drzwi, przez które wdzierało się do pomieszczenia najwięcej światła. W nowej sali było kilka kolejnych drzwi, ale tu było już cieplej. Ania weszła bez większego zastanowienia w jedne z nich. Drzwi zaskrzypiały i dziewczyna stanęła pośrodku owalnego pomieszczenia, które miało już tylko dwie pary drzwi. Pojawił się dylemat, w które z nich wejść. Nagle Ania usłyszała ciche trzepotanie skrzydełek, odwróciła się i ujrzała pięknego, małego motyla, który latał wokół sali. W końcu zniżył swój lot i wyleciał przez szparę w większych drzwiach. Ania ruszyła za nim. Kiedy dotknęła klamki, poczuła dziwne ciepło, które zaczęło ją wypełniać. Zamknęła oczy i przekroczyła przez próg. Kiedy je otworzyła stała na pięknej polanie, na której były wysokie, sięgające jej do pasa, kolorowe kwiaty. Wokół latały piękne motyle i ptaki, a z nieba świeciło śliczne słońce. Ania ruszyła między kwiatami stąpając po miękkiej trawie. Po jakimś czasie ujrzała duży kamień, na którym stał mężczyzna w podeszłym wieku ubrany w czarny garnitur. Na jego twarzy jawił się uśmiech. Kiedy rozłożył szeroko ręce, Ania ruszyła ku niemu, zastanawiając się kim jest ten mężczyzna. Przybliżając się do niego, zaczęła kojarzyć skądś te rysy twarzy i zmarszczki pojawiające się w wyniku szerokiego uśmiechu. Gdy była już kilka kroków od kamienia, ów mężczyzna zszedł z niego i ruszył w kierunku Ani.
- Aniu, jak ty wyrosłaś – powiedział radośnie, a Ania uśmiechnęła się szeroko.
- Dziadek? – zapytała z niedowierzaniem. A on z uśmiechem kiwnął głową. – Dziadek! – krzyknęła szczęśliwie i pobiegła w jego kierunku, rzucając mu się w ramiona – Miałam 2 lata, gdy odszedłeś! – wzruszyła się.
- Tak Aniu – przytulił ją gorąco – Ale teraz mamy mało czasu, musimy iść.
- Dobrze, a gdzie idziemy? – zapytała
- Chyba kogoś szukasz, prawda? – uśmiechnął się.
- To ty wiesz?
- Oczywiście – skinął głową – Pośpieszmy się.
Szli dość szybko przez łąkę w kierunku lasu, na skraju którego stał kolejny mężczyzna.
- Kto to jest? – zapytała dziadka
- A nie poznajesz? Podejdź bliżej, to zobaczysz.
Ania podbiegła i rozpoznała w mężczyźnie swojego drugiego dziadka. I znowu wzruszyła się do łez i przytuliła się mocno do niego. Przez las szli już w trójkę. Szybkim krokiem szli przez różne dróżki i omijali konary drzew.
- Dlaczego się tak spieszymy? – zapytała zdyszanym głosem
- Bo masz bardzo mało czasu – powiedział dziadek
- Mało? Do czego?
- Do życia. – odpowiedział krótko drugi dziadek
- Ale przecież ja umarłam.
Na to już jej nie odpowiedzieli, tylko przyspieszyli kroku. Droga, którą szli kończyła się za zakrętem, gdzie czekała na nich młoda kobieta. Ania domyślała się, że to następny członek jej rodziny. I nie myliła się. To była jej ciocia. Ania przywitała się ciepło i ruszyli dalej. Doszli nad jezioro, gdzie było piękne, duże drzewo i zawieszona na gałęziach huśtawka.
- Chodźmy do środka – powiedziała ciocia.
Ania dopiero teraz zobaczyła, że za nimi jest śliczny domek jednorodzinny, do którego właśnie ruszyli. W środku unosił się przyjemny zapach świeżych kwiatów. Ania podziwiała każde przytulne i ciepłe pomieszczenie, każdy widok. To było jak spełnienie marzeń. Zawsze chciała mieszkać właśnie w takim domku. Niestety dziadkowie ją ponaglali, ciągle mówili, że ma mało czasu, ale ona nadal nie wiedziała, gdzie ma się spieszyć. Ciocia zaparzyła herbatę i wszyscy usiedli przy stole.
- Aniu – zaczął dziadek – Wiemy, co się stało, ale uważamy, że popełniłaś błąd.
- Nie… - zaczęła oponować, ale dziadek przerwał jej podniesieniem ręki.
- Zaczekaj i posłuchaj.
- Czeka cię jeszcze jedna niespodzianka, ale potem musisz wracać – kontynuował drugi dziadek.
- Nie mogę dziadku! – powiedziała stanowczo
- Aniu… to nie jest twoje miejsce. Ty popełniłaś samobójstwo, tak czy owak nie będziesz tu. Możesz być tu jeszcze tylko przez chwilę, ale jeśli powrócisz, to będziesz miała tu swoje miejsce, kiedy przyjdzie twój czas. – tym razem przemówiła ciocia.
- Ale ja nie chcę wracać! Tam już nie ma mnie, muszę tu kogoś odnaleźć, po to się zabiłam i na pewno nie wrócę.
- Posłuchaj mnie uważnie. Czasu jest co raz mniej, więc teraz pójdziesz tymi schodami na górę, a potem wrócisz, rozumiesz? – zapytał dziadek
- Ale dziadku…
- Nie dyskutuj. Idź na górę.
Ania wstała i poszła na górę. Wchodząc po schodach zastanawiała się jak się stąd wydostać, żeby dziadkowie i ciocia nie zauważyli i zacząć szukać dziecka. Na górze było kilka pokoi, ale Ania weszła do pierwszego z nich. Kiedy je uchyliła usłyszała głos pozytywki, pokoik ten miał piękne różowe ściany i dużo pluszowych zabawek. Ania rozejrzała się, ale pokoik był pusty. Usiadła na miękkim łóżeczku i wzięła do ręki jedną z zabawek. Miała taki przyjemny, nieokreślony zapach. Po chwili drzwi się uchyliły i weszła do nich mała dziewczynka.
- Mamusia? – zapytała cieniutkim głosem
Ania odwróciła się szybko i ujrzała swoją córeczkę. Była taka śliczna, podobna do niej. Miała piękne włoski i cudowne oczka, a ubrana była w śliczną, różową sukienkę.
- Kochanie! – podbiegła do niej i wzięła ją na ręce, mocno przytulając. Płakała. Płakała ze szczęścia, że ją odnalazła.
- Mamusiu nie płacz – powiedziała cichutko dziewczynka. A Ania jeszcze mocniej się rozpłakała.
- Jaka ty jesteś duża, Kochanie. Mamusia cię już nie zostawi. – Przytulała ją mocno.
- Mamusiu musisz wracać. Dziadziuś mi mówił, że mamy bardzo malutko czasu.
- Wiem, ale nie bój się nie wrócę, zostanę z tobą.
- Mamusiu istnieję tylko dlatego, że mnie kochałaś. To, że do mnie mówiłaś, że tyle czasu ze mną byłaś, chociaż ja już odeszłam pozwoliło mi rosnąć. Mieszkam tu z ciocią i dziadziusiami. I jest mi dobrze. Nic złego mi się tu nie dzieje. Kocham cię mamusiu – mówiła cieniutkim głosikiem
- Ja też cię kocham Kochanie – powiedziała, dławiąc się łzami. – Powiedz, jakie imię dali ci dziadkowie, a może ciocia?
- Oni nie mogą mi dać imienia, to ty mamusiu musisz – powiedziała uśmiechając się i pokazując piękne dwa ząbki.
- Madzia… podoba ci się?
- Jest piękne Mamusiu, dziękuję – przytuliła się mocno.
Po chwili do pokoju weszła ciocia i dziadkowie.
- Aniu musisz już iść – powiedziała cicho ciocia.
- Nie! – powiedziała stanowczo Ania przytulając mocniej swoje dziecko.
- Aniu musisz, tylko w ten sposób masz szansę jeszcze tu wrócić.
- Madzi nic złego nie może się tu stać, tutaj nie ma zła, a my będziemy się nią opiekować. – powiedział dziadek.
- Aniu wróć, proszę cię, wróć – zaczął ją prosić drugi dziadek.
- Ja chcę zostać ze swoim dzieckiem, nie chce kolejny raz go stracić – płakała
- Mamusiu, nie stracisz mnie – powiedziała uśmiechając się – Przyjdziesz tu jeszcze do mnie, a ja będę grzecznie czekała. Dziadziusiowie i ciocia mnie tu bardzo kochają. Nie martw się o mnie. – spojrzała na Anię swoimi pięknymi, niebieskimi oczkami.
- Madziu, Kochanie, tak bardzo cię kocham, ja nie umiem tam bez ciebie żyć.
- Ale Mamusiu, ja chcę być z tobą, a jak nie wrócisz to odejdziesz stąd na zawsze. – powiedziała smutno Magda
- Ania naprawdę musisz wracać, to ostatnia chwila na decyzję – powiedział poważnie i stanowczo dziadek
Dziewczyna nie wiedziała, co zrobić. Tak bardzo chciała tu zostać. Popatrzyła na dziadków, którzy czekali niespokojnie na jej decyzję, na ciocię, która patrzyła na nią błagalnym wzrokiem i na Magdę, która patrzyła na nią swoimi słodkimi oczkami.
- Prosię – powiedziała cichutko.
Ani serce pękało, ale wiedziała, że musi wracać. Robiła to głównie dla córeczki, żeby mogła tu jeszcze kiedyś do niej wrócić. Wstała z podłogi i wzięła ją na ręce, mocno tuląc do siebie.
- Ciociu, zaopiekujesz się nią? – zapytała przez łzy
- Oczywiście Aniu, nic jej się tu nie stanie – zapewniała ją ciocia, a dziadkowie potwierdzili.
- Madziu, mamusia musi już iść, ale wrócę jeszcze do ciebie Kochanie i będziemy się bawić, dobrze?
- Będę czekać Mamusiu – powiedziała dziewczynka i pocałowała Anię.
- Musimy już iść, odprowadzimy cię do wyjścia, a dalej pójdziesz już sama – powiedział dziadek.
- Możesz wziąć Magdę jeszcze do wyjścia, a potem zostanie tu z nami – dopowiedział drugi dziadek jakby czytał w jej myślach.
Ciocia poszła przodem, a Ania ruszyła z Madzią na rękach za nią. Szła nie odrywając wzroku od córeczki. Bardzo szybko doszli do brzegu jeziora, gdzie się zatrzymali.
- Tu musimy się rozstać Aniu – powiedział dziadek.
- Daj mi Madzię – powiedziała ciocia.
- Bądź dzielna Aniu – rzekł dziadek – już czas.
- Madziu, Kochanie pamiętaj, że mamusia bardzo cię kocha i wróci tu do ciebie, zaczekasz na mnie?
- Tak mamusiu, ja też cię bardzo kocham. Będę tutaj z ciocią i dziadziusiami, mamusiu. – powiedziała dziewczynka
- Dobrze Kochanie, idź teraz do cioci na rączki – z ciężkim bólem i łzami musiała ją w końcu oddać i się pożegnać. – Dziękuje wam bardzo – powiedziała do cioci i dziadków i każdego z nich mocno uścisnęła i pocałowała. Ostatni pocałunek był oczywiście dla Magdy. – Więc co teraz mam zrobić? – zapytała.
- Zanurkuj w jeziorze – odpowiedział dziadek
Ania zaczęła wchodzić do wody, kiedy usłyszała jeszcze cieniutki głosik.
- Mamusiu! Nie płacz! – krzyknęła Madzia i mocno machała rączką na pożegnanie. Ani ciężko było się rozstawać z bliskimi, ostatni raz spojrzała na całą czwórkę, pomachała uśmiechniętej córeczce i zanurzyła się w jeziorze.
- Aniu… Aniu otwórz oczy. Spójrz na nas. Obudź się. Aniu, słyszysz nas? Porusz ręką. Aniu. Otwórz oczy. - do jej głowy dochodziły ciche, odległe komendy. Poczuła ostry, przeszywający ból. Otworzyła na chwilę oczy i szybko je zamknęła, gdyż światło nie pozwalało jej dłuższe patrzenie. Uratowali ją. Żyła.  

Opublikowany w: on marzec 16, 2008 at 9:12 pm Komentarze (0)
Tags: , , , , , , , ,

rozdział 18 - nowa droga

Mijały dni, tygodnie a Ania nadal nie umiała sobie z tym wszystkim poradzić. Rodzice “ciągali” ją od jednego do drugiego psychologa, jakby to miało w czymś pomóc… Dla niej jedynym celem każdego dnia po wstaniu z łóżka było wyjście na cmentarz i powrót wieczorem. Potrafiła przesiedzieć tam cały dzień bez jedzenia, w mrozie… Nie docierały do niej żadne argumenty rodziców, ani lekarzy. Liczyło się wyłącznie to.  Wiedziała, że nikt jej nie potrafi zrozumieć, więc zaczęła kontynuować swój pamiętnik. Tam przynajmniej mogła powiedzieć wszystko…
“Dawno tu nie zaglądałam… W ostatnim wpisie jeszcze byłam “szczęśliwa”… tak.. szczęśliwa w cudzysłowie, bo jakimże szczęściem mógł być dla mnie tamten czas? tamte wydarzenia? Każdy tu wie co czuję, każdy mi współczuje, rodzice się litują, lekarze wmawiają, że rozumieją. Jestem w kręgu kłamstwa.. nikt nic nie wie. Nie jestem idiotką, a jednak robią ją ze mnie! Kiedy lekarze mówili mi… że dziecko będzie zdrowe, że wszystko będzie dobrze… wierzyłam im. Teraz już wiem, że słowa: “wszystko będzie dobrze” są puste i bez przyszłości. Nic nie będzie już dobrze!! Wolałabym, żeby oni żyli swoim życiem, a mi dali żyć moim… Mam dość tych cholernych psychologów, którzy myślą, że wiedzą jak mi pomóc! Nie potrzebuje pomocy… nie chce jej, sama sobie ze wszystkim poradzę. Wczoraj jakiś pojebany psycholog pytał mnie czy ukazują mi się duchy, czy widzę je, czy słyszę jakieś głosy…. Czy oni mają mnie za wariatkę?! Mam już dość takiego życia! Może i rodzice chcą dobrze, ale dużo lepiej byłoby, gdyby zostawili mnie w świętym spokoju! Nie jestem wariatką!!! A jeszcze lepiej byłoby, gdyby mnie tu nie było… po co ja tu?! Moje miejsce jest już gdzie indziej… Ja już jestem gdzie indziej. Tutaj pozostało moje ciało, ale czymże jest puste ciało? Codziennie chodzę do Ciebie Skarbie, bo tam czuję się lepiej. Oni tego nie rozumieją. W gruncie rzeczy wiem, że powinnam żyć, jak dawniej… powinnam pogodzić się z tym wszystkim, ale nie potrafię.
Dziecko, ile ja bym dała, żebyś urodziło się zdrowe i szczęśliwe… Jak można cofnąć czas? A ile bym dała, żebyś się Kochanie urodziło za kilka lat… żebyś miało tatusia, który by nas kochał i szczęśliwy start… Ale przepraszam Cię Skarbie, że nie potrafię cofnąć czasu :( Nie umiem przywrócić Cię do życia, choć tak bardzo bym chciała… Ale wiem, że tam jest Ci dobrze… i kiedyś się spotkamy… zaczekaj tam na mnie, przyjdę.
Życie jest takie niesprawiedliwe…’”
- Ania, chodź na kolację! - zawołała mama z kuchni.
- Nie dzięki mamo… ja już jadłam, położę się. - skłamała, gdyż nie jadła tego dnia nawet śniadania.
“Minął kolejny tydzień, który u mnie znów wyglądał tak samo… Jest wiosna, powoli wszystko budzi się do życia… tak wszystko budzi się do życia… a ja umieram… pomału, samotnie.. odchodzę. Odchodzę do Ciebie Skarbie, bo tu nie potrafię sama żyć. Mój kuzyn będzie miał dziecko! Czyż to nie cudownie…? Urodzi się na przełomie października i listopada. Zbiegiem okoliczności ciocia także spodziewa się dziecka… i urodzi się w tym samym czasie. A czy wiesz Kochanie, że i ty urodziłabyś się w tym czasie? Jakie te rodziny są szczęśliwe… My też będziemy szczęśliwi, już niedługo… zaczekaj, bo idę do Ciebie Skarbie… Powiedz tylko… jak będzie najszybciej? Czy potem jest tylko jedna droga? Czy łatwo będzie Cię znaleźć? A może zaczekaj na mnie tuż przy wejściu? Nie mogę się doczekać kiedy Cię zobaczę… Już się cieszę :) Chwilka… jeszcze tylko.. Ok! Już! Chyba to już wszystko, co było mi pisane tutaj… Teraz czas zacząć nową drogę. Kocham Cię! Zaraz będę!
PS. Jeśli ten zeszyt dostanie się w czyjeś ręce, to nie obwiniajcie za to nikogo… To moja decyzja! Chcę być przy dziecku.. Kocham Je! Proszę… przekażcie dziewczynom i Marcinowi… że nie mieli na to wpływu… nic tym razem by nie pomogli… Dziękuję im za wszystko! Marcinowi także… Wybaczam Ci to że mnie zraniłeś, wybaczam wszystko wszystkim! I proszę o wybaczenie. Nie było innego wyjścia. Nie płaczcie za mną… Jestem szczęśliwa! Mamo.. Tato.. Napisałam już do Was list… leży na szafce. Przepraszam! Kocham!
Żegnajcie!”

rozdział 17 - fasolka

- Potrzeba ci czegoś córeczko? - zapytała cicho mama wchodząc do jej ciemnego pokoju.
- Nie. - odpowiedziała krótko
- A chciałabyś coś zjeść? Może pójdziemy na pizze?
- Nie chce.
- To może przyjdź do nas do pokoju obejrzymy razem z tatą jakiś film?
- Nie, zostaw mnie samą.
- Powiesz jak będziesz czegoś potrzebowała?
Na to pytanie odpowiedziała jej cisza… Minął tydzień od tego strasznego wydarzenia. Od tamtej pory nikt nie ma kontaktu z dziewczyną. Wczoraj Ania wyszła ze szpitala, rodzice mieli nadzieję, że w domu jakoś ustabilizuje się to wszystko… że coś się poprawi, ale niestety… Ania cały czas siedzi w ciszy sama w pokoju, przy zgaszonym świetle wpatrując się w słońce, chmury, gwiazdy… nie rozmawia z nikim. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę przeżywa, co czuje. Ona sama nie była tego świadoma. Czuła pustkę, tęsknotę… części jej już nie było… odeszła… i nie wróci… tak bardzo jej tego brakowało… Dnie i noce wyglądały tak samo. Mało jadła, mało spała… mało żyła… z pokoju wychodziła wyłącznie do łazienki i z powrotem… Któregoś dnia Ania postanowiła wyjść na zewnątrz. Narzuciła kurtkę na stary, powyciągany sweter i założyła ciemne okulary. Szwendając się po mieście zauważyła na wystawie piękną czerwoną szkatułkę w kształcie serca. Była wyłożona aksamitnym materiałem i ozdobiona malutkimi, złotymi koralikami, a po środku miała śliczne złote serce. Ania weszła do sklepu i bez zastanowienia się kupiła szkatułkę. Potem poszła na rynek… sama nie wiedziała w jakim celu tam skręciła, ale nogi same ją kierowały. Jej wzrok przykuła biała jak śnieg fasola. Co sprawiło, że ją kupiła? Tego też nie wiedziała… Idąc dalej kierowała się na cmentarz… myślała, że może tam poczuje się bliżej swojego Maleństwa. Zatrzymała się przy grobie dziadka… Usiadła na ławeczce i zaczęła płakać. To był już odruch. Każda myśl o tym wszystkim wywoływała płacz. A myślała jedynie o tym… Podeszła bliżej i ukucnęła przy grobie wpatrując się w płomień palącego się znicza. Tutaj czuła się lepiej niż w domu. Chciała przychodzić tu częściej. Chciała mieć do kogo przychodzić. Wiedziała, że musi coś zrobić, musi poczuć ulgę, rozładować emocje i to napięcie… Teraz zrozumiała, że nie bez przyczyny kupiła fasolkę. Schowała ją do szkatułki, która tak pięknie mieniła się w blasku płomieni. Jeszcze przez parę minut Ania wpatrywała się w nią jak w obrazek… a potem zamknęła i płacząc zakopała w ziemi… i położyła obok dwie małe świeczuszki. Mimo, że jej dziecko nie urodziło się czuła potrzebę pochowania go… Ono zmarło… było martwe kiedy je zabierano… każdego zmarłego należy pochować… Musiała się z nim jakoś pożegnać. Nie znała innego sposobu… chciała się uwolnić od tego wszystkiego, a zarazem być znów blisko dziecka. Jak pogodzić jedno i drugie?
Było już późno, kiedy zadzwoniła komórka Ani. Na wyświetlaczu wyświetliło się “mama”
- gdzie ty jesteś córciu? - zapytała przestraszona
- zaraz przyjdę
- późno już kochanie, nie chodź sama o tej porze, proszę cię.
- ok.
- kocham cię - powiedziała mama, ale już nikt jej nie odpowiedział.
Mimo, że było już naprawdę późno, Ania nie chciała opuszczać cmentarza. Jednak z wielkim bólem podniosła się z zimnej ziemi i poszła do domu, żeby rano znów przyjść do dziecka.

rozdział 16 - [*]

- … ale czy naprawdę już nic więcej nie dało się zrobić? - płakała pani Ela.
- przykro mi… zrobiliśmy wszystko, żeby ich uratować… trzeba być dobrej myśli. Może gdyby chociaż parę godzin wcześniej córka zaczęła coś podejrzewać… może wtedy byłoby inaczej. Przykro mi. - powiedział przyciszonym głosem lekarz trzymając matkę dziewczyny za ramię. Po chwili odszedł zostawiając zapłakaną kobietę na korytarzu.
- Pani Elu… - podeszła do niej Julia - jeśli coś będzie trzeba pomóc, może pani na nas liczyć…
- Dziękuję ci Julia… tak wiele dla nas i dla Ani zrobiłaś… Niech Bóg ci to dziecko wynagrodzi - powiedziała przytulając dziewczynkę do siebie.
Przez kolejne trzy dni wszyscy czuwali przed salą Ani. Niestety nie było żadnych zmian, dziewczyna nadal była nieprzytomna. Obawiano się, że zapadnie w śpiączkę, z której się nie wybudzi miesiącami… Całe szczęście wieczorem Ania wybudziła się…
- Siostro… - zawołała do kobiety, która zmieniała coś przy aparaturze - siostro! - powtórzyła, ale nie zauważyła żadnej reakcji.. - siostro, co z moim dzieckiem? - zapytała w końcu nie czekając, aż siostra na nią spojrzy.
- Aniu… - zaczęła cicho, nie patrząc jej w oczy - …odpoczywaj teraz i zbieraj siły, zaraz przyjdzie do ciebie lekarz - powiedziała już szybko poprawiając jej pościel. Następnie odwróciła się w kierunku wyjścia.
- Ale siostro! Ja pytałam, co z moim Maleństwem - zapytała po raz kolejny zaniepokojona dziewczyna.
Siostra nic nie odpowiedziała, tylko przystanęła chwilę, po czym ruszyła szybko przed siebie. Ania obawiała się najgorszego… nie chciała jednak o tym myśleć… chciała jak najszybciej wiedzieć, co się stało.
- NIECH KTOS MI POWIE, CO Z MOIM DZIECKIEM!!!!!!!!!!!!! - zawołała, zaciskając łzy…
Po chwili w drzwiach stanął doktor Lubrecki, prowadzący ciążę Ani.
- Panie doktorze… niech mi pan wreszcie powie, co się stało, czy dziecko jest zdrowe? Czy nic mu nie jest? Boshhh dlaczego wy wszyscy milczycie?!?!?! - mówiła coraz bardziej zdenerwowana…
- Aniu… uspokój się - zaczął
- Jak mam być spokojna skoro nic nie mogę się dowiedzieć?? - łzy jej ciekły z bezradności.
- Aniu… posłuchaj - spróbował po raz kolejny - to może być dla ciebie szok, ale…
- nie… nie… pan.. pan tylko tak mówi… ale tak naprawdę wszystko jest dobrze, prawda?
- …ale jak do nas przyjechałaś okazało się… że.. płód jest martwy… musieliśmy ratować ciebie.
- NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! TO NIE PRAWDAAAAA!!!!!!!! NIEEEEEEEEEEE!!!! MOJE MALENSTWOOO - wpadła w histerię
- Aniu uspokój się… zrozum nic się nie dało zrobić - lekarz próbował uspokoić wyrywającą się dziewczynę.
- DLA PANA TO BYL TYLKO PLOD!! TO… TO BYLO MOJE DZIECKO ;( - płakała wyrywając się lekarzowi.
- Rozumiem, co czujesz, wiem, że to nie jest łatwe, ale musisz się oszczędzać… jesteś bardzo słaba… zaraz dostaniesz coś na uspokojenie… - powiedział
- nie chce!!!!!!! nie chce nic na uspokojenie!! niech mnie pan zostawi!!!!!!!!!!
- Aniu… to nie wszystko, co powinnaś wiedzieć… - powiedział cicho lekarz
- co… co jeszcze? - płakała
- Dobrze wiesz, że na aborcje było już za późno… do tego płód był martwy… przykro mi, ale niestety… nie będziesz już mogła mieć dzieci… - powiedział przez zaciśnięte gardło
- niech pan stąd wyjdzie! - powiedziała - NIECH PAN MNIE ZOSTAWI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - krzyknęła, kiedy lekarz nie zareagował.
Lekarz wiedział, że działa pod wpływem emocji, więc zostawił ją samą, żeby się z tym wszystkim oswoiła. Jemu również było ciężko… obwiniał się, że niczego nie zauważył. Ale wyniki do samego końca były dobre, a Ania się nie skarżyła na nic…
- Boże co ja takiego zrobiłam?! Czym ja sobie na to zasłużyłam?! Najpierw mnie w niemiły sposób obdarowałeś dzieckiem… a potem, kiedy już je tak pokochałam, tak się do niego przywiązałam, Ty tak po prostu mi je zabierasz!! Dlaczego?! Dlaczego zabrałeś dziecko a mnie tu zostawiłeś?! Ja też chcę odejść… nie chcę już dłużej żyć! Bez Maleństwa… bez dzieci…. nie chce!! NIE CHCE JUZ ŻYC!! Boże proszęęęęę!!!!! Zabierz mnie do mojego Aniołka… DLACZEGOOoooo….???????????

rozdział 15 - groza… strach… i przerażenie…

Kolejne tygodnie przebiegały bezproblemowo. Ania chodziła do szkoły, spotykała się ze znajomymi, ciąża przebiegała prawidłowo i nawet dobrze się czuła. Co najważniejsze rodzice zrozumieli córkę i zgodzili się pomóc jej w wychowaniu dziecka jako dziadkowie. To uwolniło Anię od większych zmartwień. Teraz mogła się skupić na szkole, wiedziała, że póki dobrze się czuje musi nazbierać dobrych ocen, żeby później nie mieć problemów jeszcze ze szkołą. Dlatego też cały weekend postanowiła poświęcić się historii, ponieważ przeczuwała, że w poniedziałek będzie pytana. W poniedziałek w szkole była jakaś uroczystość, w której brali udział przedstawiciele kół europejskich wszystkich szkół gimnazjalnych i ponad gimnazjalnych. Był też tego dnia w szkole Marcin, były chłopak Ani. Widzieli się na przerwie… przechodząc koło siebie odważyli się tylko na ukradkowe spojrzenie i kiwnięcie głową. Kiedy on szedł na akademie, Ania musiała iść na historię. Tak jak podejrzewała pani wywołała ją do odpowiedzi. Oczywiście adrenalina trochę wzrosła… ale Ania wiedziała, że tego dnia jest przygotowana, więc podeszła trochę chętniej niż zwykle.
- Szybciej, szybciej… nie będę tu czekała na ciebie całą wieczność! - poganiała ją nauczycielka, mimo, że Ania szła normalnie. - Zeszyt! - krzyknęła kiedy już podeszła do biurka. - To co? Dzisiaj znowu udowodnimy, że się nie uczysz? - zakpiła sobie
- Uczyłam się proszę pani. - powiedziała już zestresowana…
- No to się przekonamy. Pytanie pierwsze…. - i zaczęło się nieprzyjemne odpytywanie. Po 10 minutach męki Ania już nie miała siły…
- A mówiłam, że się nie uczysz?!
- Ale… proszę pani.. uczyłam się cały weekend… przecież tego tutaj nie było… - Ania próbowała się bronić przed jedynką.
- Mam ci udowodnić, że było? Podręcznik proszę! - rozkazała w kierunku klasy, po kilku sekundach podręcznik już leżał na jej biurku.
- Proszę bardzo! Jest!!! To wszystko świadczy tylko o twoim lenistwie! - zaczęła krzyczeć po kilku minutach szukania odpowiedzi na zadane pytanie w podręczniku.
- Ale proszę pani, przecież pani nigdy w ten sposób nie pyta. Zawsze pani pytała z zeszytu, w dodatku materiał w zeszycie był bardzo rozległy, nauczyłam się tego, co było w zeszycie… - tłumaczyła się Ania po przeczytaniu odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie, która była zapisana drobnym druczkiem pod tekstem.
- Mnie to nie obchodzi, na początku pierwszej klasy mówiłam, że obowiązuje was wiedza z podręcznika i zeszytu, więc teraz nie wymiguj się. Dobrze wiem, jaka jesteś leniwa.
- Ale proszę pani… to nie fair… dopiero teraz pani zmieniła zasady odpytywania… skąd mogłam wiedzieć, że takie detale drobnym druczkiem też muszę znać? Zawsze pani powtarzała, że musimy znać najważniejsze rzeczy, które są w zeszycie, a nagle pani zmieniła zdanie. - mówiła, chociaż wiedziała, że i tak jest bezradna… przykro jej tylko było, że mimo swoich starań i tak jest niedoceniana przez panią… a do oczu cisnęły się łzy…
- Skończ dyskusję! Nie mam zamiaru z tobą dyskutować. Pała! Siadaj! - powiedziała rozzłoszczona.
Klasa patrzyła na nią ze współczuciem… Wiedzieli, że umiała wszystko i starała się, a pani wyjątkowo się na nią uwzięła. Ania zabrała zeszyt i poszła w kierunku ławki… Nagle dostała silnego skurczu, złapała się mocno za brzuch i opadła z bólu na podłogę.
- nie… aaa.. nie… ratujcie je… proszę ratujcie… - jęczała z bólu.
Natychmiast podbiegła do niej nauczycielka, ale Julia była szybsza.
- Anka… co ci jest? co cię boli?
- Jula… Jula… ratujcie dziecko! proszę… ono jest ważniejsz…. - prosiła szeptem zaciskając jej dłoń, ale nie skończyła mówić, gdyż straciła przytomność.
- Julka odsuń się od niej! I idź po pielęgniarkę - rozkazała jej pani.
- Nie proszę pani, pielęgniarka tu nie pomoże… dajcie mi szybko telefon - powiedziała po czym od razu dostała telefon od kolegi. - otwórzcie okna! i odsuńcie ławki, ona potrzebuje powietrza. - powiedziała po czym zadzwoniła na pogotowie.
- Proszę szybko karetkę do gimnazjum nr 2, młoda dziewczyna straciła przytomność, nagle bardzo rozbolał ją brzuch, ona jest w ciąży, to może być coś z dzieckiem! proszę… szybko! sala 107. - mówiła zdenerwowana, a kiedy powiedziała o dziecku klasa ucichła…
Julia nie zwracając uwagi na zachowanie klasy rozkazała tylko odsunąć się wszystkim w głąb klasy a sama wybiegła z sali… Posłuchała się jej nawet nauczycielka… Julia szybko  wybiegła na korytarz i zbiegła po schodach, gdzie wpadła na Marcina.
- coś się stało? - zapytał widząc ją w takim stanie.
- Julia… ona..
- co z nią?! - zapytał przestraszony
- nie wiem… już jedzie pogoto..
- gdzie ona jest? - przerwał jej Marcin
- w 107.. - powiedziała po czym Marcin pobiegł. - ale uważaj! ona jest w ciąży!! - krzyknęła za nim i pobiegła przed szkołę, żeby poprowadzić ratowników do Ani.
W tym samym czasie Marcin wbiegł do sali, gdzie zobaczył leżącą na podłodze Anię i klasę stojącą wraz z nauczycielką pod ścianą. Nie zważając na nich podbiegł i sprawdził puls. Był coraz słabszy…
- Anka… nie wygłupiaj się… obudź się… - szeptał przestraszony trzymając ją za dłoń. - tyle razem przeszliśmy, nie poddawaj się teraz… bądź dzielna… - mobilizował nieprzytomną dziewczynę.
Po chwili w sali pojawili się ratownicy i tłumacząca im wszystko Ania.
- Proszę odejść - powiedział ubrany na czerwono ratownik do Marcina.
Marcin odszedł i stanął obok Julii.
- Dlaczego mi nie powiedziałyście?! - zapytał z wyrzutem
- Marcin… nie pytaj mnie o to… ja nie mogłam - powiedziała smutno - to było dla niej bardzo trudne, nie miej do niej wyrzutów z tego powodu…
- Dziewczyno, przecież pomógł bym jej! Wiem, że nie jesteśmy już razem, ale nigdy nie była mi obojętna! Zawsze mogła liczyć na moją pomoc…
- Marcin, chyba nie w tym przypadku. Powiedziała tylko mi… nie wie nikt poza mną i jej rodzicami… ona jest zakochana w tym dziecku… ja nie wiem jak ona to przeżyje, jakby mu się coś stało - rozpłakała się Julia.
- Niech pani poda nam danie dziewczynki - zwrócił się jeden ratownik do nauczycielki.
- Anna Kieszkowska. - odpowiedziała przerażona.
Ratownicy zakończyli pierwszą pomoc i położyli ją na noszach. Po chwili wynieśli nieprzytomną Anię z sali… W oczach klasy jawiło się przerażenie…
- Panie doktorze, co z Anią i z dzieckiem? Ona prosiła… żeby ratować dziecko. - podbiegła Julia do lekarza.
- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby uratować oboje. Dzielnie się spisałaś… - powiedział, po czym odwróciła się w kierunku wyjścia.
- aha… pani doktor jeszcze jedno… - zawołała Julia
- tak?
- jej lekarzem prowadzącym jest doktor Lubrecki… chyba Wojciech Lubrecki, jeśli to będzie potrzebne.
- dziękuję, to bardzo przydatna informacja, bądź dobrej myśli. - powiedział, po czym wyszedł z sali zostawiając wszystkich w ciszy…

Opublikowany w: on marzec 8, 2008 at 9:23 pm Komentarze (1)
Tags: , , , , , , , ,

rozdział 14 - mama czy siostra? babcia czy mama?

- Anka, tak dłużej nie można… tym razem nie pozwolę ci odmówić! Chodźmy gdzieś… nie wiem, gdziekolwiek. Niech będzie tak jak dawniej, chociaż spróbuj i pomyśl, okej? - Julia zawzięcie namawiała Anię na wyjście z domu.
- Ok, to zajdź po mnie o 19, pójdziemy do Primavery, albo gdzieś do miasta - ku jej zaskoczeniu zgodziła się bez protestu.
- Naprawdę?!  To… super! Przyjdę po ciebie. To do jutra, pa - pożegnała się zadowolona.
- No czekam, pa - Co prawda nie miała ochoty na żadne wyjście, ale wiedziała, że to odpowiedni moment, żeby o wszystkim powiedzieć Julii.
Był piątek wieczór. Ania trochę posprzątała pokój i poczytała książkę. Dość szybko się położyła, gdyż następnego dnia rano czekała ją wizyta u lekarza, na którą chciała być wypoczęta. Rano czuła się dziwnie… jakoś ją mdliło i było jej niedobrze, ale nie wymiotowała… Ubrała się i poszła do lekarza. “Wszystko jest w porządku, dziecko rozwija się prawidłowo - będzie dobrze” usłyszała na koniec wizyty i w lepszym nastroju wróciła do domu. Kiedy o 19 zadzwonił dzwonek, Ania była już gotowa i razem zdecydowały się na Primaverę. Zajęły tradycyjnie miejsce przy oknie… zdawało się być jak dawniej. Ulica tego wieczoru była piękna… Pomarańczowe latarnie oświetlały przechodniów, a z nieba prószył biały, błyszczący śnieg.
- Cieszę się, że zgodziłaś się wyjść dzisiaj wieczorem - zaczęła Julia - dawno nigdzie razem nie byłyśmy… - zauważyła.
- tak, racja… - przytaknęła Ania, ale była jakby nieobecna.
- co jest? Anka, nie zadręczaj się już…. co się stało to się nie odstanie, ale zapomnij o tym, teraz będzie tak jak dawniej… tylko uwierz! - zaczęła temat
- już nic nie będzie tak jak dawniej… - powiedziała cicho
- niby dlaczego? - nieświadoma niczego zaczęła się dopytywać.
- Julka! nie wiesz wszystkiego… nic nie rozumiesz - stwierdziła ze smutkiem.
- to mi wytłumacz to, czego nie rozumiem. Przecież nic już nie zmienisz, zostałaś porwana, ale już jest w porządku… zapomnisz o tym i będzie tak jak dawniej…
- mówisz tak jakby to było takie proste… nie będzie tak jak dawniej! nie będzie tak jak dawniej bo… - urwała, bo nie wiedziała jak ma to powiedzieć.
- no? bo? bo co?
- bo ja nie jestem sama - powiedziała zniżając głowę.
- masz chłopaka?! dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej??? to przecież cudownie! powinnaś się cieszyć :D Anka no ja cię nie rozumiem, co z nim nie tak? - nie świadomie, że źle odebrała słowa przyjaciółki mówiła podekscytowana.
- nie mam chłopaka! źle mnie zrozumiałaś - powiedziała smutno
- to co? jak nie masz chłopaka, a nie jesteś sama…?
- ehh…. ja jestem w ciąży! on… on… on mnie zgwałcił :( - mimo, że chciała być twarda rozpłakała się.
- cc… yy.. eee… że co?! ANKA!!!! - dopiero po chwili otrząsnęła się z szoku i podbiegła przytulić przyjaciółkę. - tak mi przykro… dlaczego nie powiedziałaś wcześniej? byłaś z tym cały czas sama? przecież… byłoby ci łatwiej… - mówiła wszystko i nic, bo nie wiedziała, co powiedzieć.
- nie chciałam… nie wiedziałam jak…. :( ale już dłużej nie mogłam ukrywać tego, musiałam ci powiedzieć :(
- chodź stąd… idziemy na zewnątrz - powiedziała podając Ani kurtkę. Zostawiła pieniądze na stole i wyszły.
Tej nocy Julia spała u Ani. Przegadały i przepłakały kilka dobrych godzin. Mimo, że Ania nie rozmawiała jeszcze o tym z rodzicami, była już pewna, że nie odda dziecka. Miała jedynie nadzieję, że rodzice zaakceptują jej decyzje i pomogą, kiedy tej pomocy będzie potrzebować. Jednak kiedy kilka dni później powiedziała o tym rodzicom, ich reakcja jej nie zadowoliła.
- córeczko… przecież to dla twojego dobra i dla dobra dziecka - tłumaczyli
- jakie wy tu widzicie dobro rozdzielając nas? - protestowała, a z oczu ciekły jej strumieniami łzy. - przecież to moje dziecko i to ja je kocham, wiem, że ze mną będzie mu dobrze. A co jeśli trafi do jakiejś złej rodziny? Jeśli będzie się czuło niezaakceptowane? Jeśli oni nie będą go kochać tak mocno, jak swoje własne dziecko? Przecież tego nie możecie zapewnić ani wy ani nikt inny!
- Wiemy, że jest ci ciężko, ale pomyśl o sobie? Jak zamierzasz się dalej uczyć z dzieckiem? Co ze studiami? Poza tym dziecko potrzebuje ojca! Zobacz na to wszystko z drugiej strony.
- A ty mamo? Oddałabyś mnie jak się urodziłam?
- To była inna sytuacja - powiedziała mama zaskoczona zmianą frontu.
- To nie była inna sytuacja. Kochałaś i nie oddałaś mnie. A ja kocham to dziecko i niezależnie od waszego zdania nie oddam go. Jeśli nie chcecie mi pomóc i nie chcecie mnie tutaj z dzieckiem… trudno, poradzę sobie w życiu, ale go nie oddam! Nie ważne jak będziemy żyli, ważne, że razem. - powiedziała stanowczo, odwróciła się na pięcie i wyszła do swojego pokoju zostawiając zaskoczonych rodziców.
Kilka godzin później mama przyszła do pokoju i usiadła obok leżącej na łóżku córki.
- Aniu, nie traktuj nas jak potworów. Nie chodzi nam o to, że nie chcemy tutaj dziecka, ale o twoją przyszłość. Razem z tatą doszliśmy do wniosku, że możemy iść na kompromis. Ty będziesz się uczyła i ułożysz sobie życie, a my adoptujemy twoje dziecko i będziemy wychowywać jak własne. Pokochamy je tak jak kochamy ciebie i będzie z tobą pod jednym dachem… Kiedyś jak już dorośnie jeśli będziesz chciała to powiemy mu prawdę, ale niech dorasta z myślą, że my jesteśmy jego rodzicami, a wy jesteście rodzeństwem. Tak będzie lepiej dla ciebie i dla dziecka. Pomyśl o tym… - powiedziała i wyszła z pokoju zostawiając córkę.
Ania była w szoku. Nie mogła z siebie wydobyć głosu. Jak mogli wpaść na taki pomysł?! Ma przez całe życie nie przyznawać się do dziecka? Przecież to straszne…

Opublikowany w: on marzec 7, 2008 at 8:33 pm Komentarze (0)
Tags: , , , , , , ,

rozdział 13 - dawna rzeczywistość

Minął tydzień zanim Ania poczuła się gotowa, żeby wrócić do szkoły. Chociaż okropnie się bała spotkania z rówieśnikami, a szczególnie bała się, że spotka Norberta nie okazywała tego. Starała się być dzielna i spokojna. Przecież stres szkodził dziecku. Pierwszego dnia poszła do szkoły z Julią. Ludzie przyjęli ją normalnie, tak jakby nic się nie stało. Nikt nie wiedział o ciąży, oprócz wychowawcy… Tego dnia była jednak historia, której nienawidziła, tak samo jak i nauczycielki… Temat był nudny… a Ania nie potrafiła się skoncentrować. Czuła na sobie oczy całej klasy, chociaż wiedziała, że każdy jest czymś zajęty i nikt nie zwraca na nią szczególnej uwagi.
-… Anka znasz odpowiedź czy nie? - Ania usłyszała głos zdenerwowanej nauczycielki dopiero jak koleżanka z ławki ją szturchnęła.
- yy… przepraszam, nie słyszałam pytania - powiedziała beznamiętnym tonem
- Co ty dziewczyno wyprawiasz?! Siedzisz w pierwszej ławce i nie uważasz?! Jak ty chcesz zaliczyć sprawdzian?! Nie uczysz się!! Myślisz o niebieskich migdałach, zamiast uważać!! Z pewnością nie potrafisz nawet powiedzieć czego dotyczy dzisiejsza lekcja!! - krzyczała nauczycielka nad uczennicą.
- przepraszam - powtórzyła tym samym beznamiętnym tonem, była przyzwyczajona do takiego zachowania nauczycielki, zwykle słyszała tego typu oskarżenia od niej… starała się nie brać do siebie tego, co mówi pani i uspokoić. Była pewna, że zaliczy sprawdzian choćby na 3… Ania była wzorową uczennicą… jedynie j. angielski był jej słabym punktem, no i ta historia… to był dramat… nie ze względu na stopień trudności, ale ze względu na nauczyciela. Ania potrafiła mieć 5 ze sprawdzianów, ale tylko ze sprawdzianów… gdyż przy odpowiedzi zawsze pani potrafiła się tak przyczepić, żeby udowodnić Ani, że jest nieukiem, leniem i nie zaliczy roku, obniżając przy tym ocenę. Ale nie ma się co przejmować… są większe problemy od tej historii.
Przez kilka kolejnych dni Ania zaczęła przyzwyczajać się do swojego stanu i otoczenia. Nie była jednak taka jak dawniej, uśmiech rzadko widniał na jej twarzy.  Któregoś dnia gorzej się poczuła w szkole i postanowiła się zwolnić u wychowawcy wcześniej do domu. Zaraz przy wyjściu z bramy szkoły zaskoczył ją jednak Norbert.
- Witaj Kochaniutka - powiedział słodkim głosem łapiąc ją za brodę.
- Z–z-zostaw mnie… - zareagowała bardzo przestraszonym głosem.
- Za chwilę… teraz mnie posłuchasz gówniaro - powiedział ostrzej, zaciskając dłoń na jej twarzy. - Nie znasz mnie i nigdy mnie nie widziałaś, zrozumiałaś?!
- TY! Ty chamie!! Zgwałciłeś mnie! A ja mam iść ci na rękę? - wybuchła
- Pff… sama się prosiłaś, wiem, że tego chciałaś i się teraz nie wymiguj! Zresztą… kto by ci uwierzył, co? Trzeba było tańczyć jak cię prosiłem, a nie uciekać jak jakiś kopciuszek!
- Puść mnie!! - krzyknęła Ania
- Jeszcze raz krzykniesz, albo piśniesz komuś słówko to zrobimy powtórkę z rozrywki!! I nie waż się iść na policję! - powiedział przez zaciśnięte zęby i puścił ją lekko popychając.
Ania odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w kierunku domu, zaciskając łzy. Po powrocie do domu nie zastała nikogo. Podeszła do stołu, na którym leżała kartka:

“Obiad leży w lodówce, odgrzej sobie i zjedz.

Odpocznij i odrób lekcje. My wrócimy wieczorem.
Jakbyś się źle czuła to zadzwoń.
Kocham,
Mama”

Ania czuła się źle, ale postanowiła nie dzwonić na razie do mamy. Odgrzała i zjadła obiad, mimo, że nie była głodna. Później postanowiła skorzystać z pustego domu i położyć się. Długo jednak nie mogła się uspokoić, spotkanie z Norbertem bardzo wyprowadziło ją z równowagi. W pewnej chwili poczuła ogromną ochotę, żeby wykrzyczeć z siebie cały swój gniew, swoje problemy i smutki. Pragnęła poczuć się wolną dziewczyną, która chociaż przez moment mogłaby się przestać o coś martwić. I tak zrobiła… uklęknęła obok łóżka, kładąc na nim głowę i krzyknęła, głośno… jak tylko potrafiła. Następnie wybuchnęła płaczem.
- Już tak dłużej nie mogę, nie wytrzymam! - płakała, mówiąc do swojego maleństwa - Kruszynko… ja muszę o tobie komuś powiedzieć, mam dość bycia z tym wszystkim sama… w szkole każdy się śmieje, wygłupia… a ja pilnuje, żeby nic ci się nie stało… Nie powiem o tobie.. tacie. NIE!!! Ty nie masz taty - rozpłakała się jeszcze bardziej - Masz mnie, a ja mam ciebie.. sami sobie poradzimy, nigdy nie poznasz ojca, nie pozwolę, żeby zrobił ci jakąś krzywdę! Mam nadzieję, że to zrozumiesz jak dorośniesz. Że nie będziesz miał do mnie żalu. Powiedz… jesteś chłopcem czy dziewczynką? - zapytała chociaż wiedziała, że odpowiedzi nie uzyska. - Nie ma dla mnie znaczenia czy jesteś chłopcem czy dziewczynką, ważne, że jesteś moim dzieckiem - roześmiała się - chyba powiem o tobie cioci Julii. Tak… będziesz miał ciocię. Cieszysz się? Będzie cię kochać tak samo jak mamusia. Będziemy wszyscy wychodzić na plac zabaw jak podrośniesz. A jak będziesz malutki to będziemy się bawić grzechotkami… pokażę ci ptaszki w parku, i kaczuszki… A może jesteś dziewczynką? hmm… będę się do ciebie zwracać Kruszynko lub Kochanie, dobrze? Ohh Kochanie, jaki świat jest piękny… tylko życie bywa okrutne… ale mama nie pozwoli, żeby stała ci się jakaś krzywda… nie pozwoli… pamiętaj.

Opublikowany w: on marzec 2, 2008 at 9:43 pm Komentarze (0)
Tags: , , , , , ,

rozdział 12 - a co dalej?

- Byłaś dzielna Aniu, mam dla Ciebie dobrą i złą wiadomość - powiedział lekarz z uśmiechem na twarzy stojąc nad łóżkiem Ani - którą pierwszą chcesz usłyszeć?
- może poproszę dobrą… nacieszę się nią zanim pan powie tą złą
- hm.. no dobrze.. tak więc tą dobrą wiadomością jest fakt, że będziemy się widywać na badaniach raz na trzy tygodnie, może co miesiąc, a jakby się coś działo to częściej… zobaczymy jeszcze jak to będzie - powiedział
- a ta zła? - zapytała niepewnie, gdyż na tą dobrą wcale z radości nie skakała
- no a ta zła… ehh… niestety już jutro nas opuszczasz i.. wracasz do domu!
- woow… naprawdę? Czy.. czy to znaczy… że wszystko jest w porządku? - zapytała z niedowierzaniem
- w jak najlepszym - powiedział rozbawiony
- Boże… dziękuję Panu bardzo… a co z dzieckiem?
- Nie martw się… wszystko jest tak jak być powinno. Jeszcze przyjdzie do Ciebie doktor Lubrecki i powie ci jakie diety musisz zastosować, co ograniczyć a co nie. Wszystko będzie dobrze. Jutro rano dostaniesz wypis.
- Naprawdę… bardzo panu dziękuję - powiedziała podekscytowana.
Była to informacja, o której marzyła w ostatnich dniach. Nadal jednak nie dowierzała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zdawało jej się, że specjalnie oszukują ją, żeby się nie martwiła, że jednak coś jest nie tak… po co inaczej byłyby tak często badania? Postanowiła się jednak nie zamartwiać na zapas i cieszyć się z tego, co mówią lekarze.
Kiedy rozległo się pukanie, a w drzwiach stanął uśmiechnięty Michał nie potrafiła nie odwzajemnić uśmiechu.
- Mogę - zapytał jednak niepewnie przy wejściu.
- No jasne… wchodź! - odpowiedziała radośnie.
- oOo skąd ta nagła zmiana nastroju? Od razu widać, że czujesz się lepiej :)
- Jutro wychodzę do domu, czuję się już dobrze i w ogóle wszystkie wyniki są poprawne… tylko będę musiała ich odwiedzać co jakiś czas na kontrole - roześmiała się Ania
- to cudownie.
- Michał…?
- tak?
- Powiedz mi coś o sobie.
- hmm… a co chcesz wiedzieć? Pytaj konkretnie :P
- no nie wiem :D wszystko :P
- no to powiedzmy, że mam 17 lat, jestem sobie zwyczajnym chłopakiem nie wiem co mam powiedzieć… dziwnie się mówi o sobie - powiedział
- a czym się interesujesz?
- trochę piłką ręczną, trochę koszykówką… grafika komputerowa i takie tam…
- a jakiej muzyki słuchasz?
- praktycznie to każdej, nie jestem wybredny - roześmiał się
- hehe ja też… ale nie lubię metalu i ostrego rocka…
- a gdzie się uczysz? - zapytał tym razem Michał
- w gimnazjum nr 2, a ty?
- ja w Elżbiecie… niestety :P
- Dlaczego niestety?
- Zrycie jest… nie idź tam.
- a właśnie się zastanawiam nad Elżbietą lub ekonomem… ale jeszcze czas, zobaczymy jak to będzie.
Rozmowa zaczęła im się kleić i trwała około godziny. Jednak po godzinie przyszedł doktor Lubrecki i Michał poszedł do domu, ale zdążyli się polubić i wymienić swoimi numerami.
- I jak Aniu? cieszysz się że już jutro do domu wychodzisz? - zapytał lekarz siadając na krześle obok Ani.
- tak… bardzo, ale… czy wszystko jest na pewno w porządku? Bo jak nie, to ja jeszcze zostanę w szpitalu, żeby tylko było jak najbezpieczniej dla dziecka.
- Nie ma takiej potrzeby. Wszystko jest ok. A badania będą często, ponieważ jesteś młoda i musimy kontrolować i Ciebie i dziecko. A gdyby coś się działo to od razu będziemy reagować. Musisz po prostu przestrzegać zasad a wszystko będzie dobrze. - uśmiechnął się do dziewczyny.
- no dobrze… a jakie to zasady?
- Po pierwsze, gdyby coś się działo niepokojącego pomiędzy badaniami kontrolnymi musisz niezwłocznie mnie o tym powiadomić. I najważniejsza zasada: unikaj stresu i nie denerwuj się. To jest najważniejsze. Stres jest bardzo szkodliwy dla dziecka. Pamiętaj, że dziecko wszystko czuje, każdy twój nastój, humor. Nie możesz się przemęczać, dźwigać ciężkich rzeczy. Wysypiaj się. Najlepiej idź spać o tej samej porze codziennie, w miarę możliwości oczywiście. I w szkole… bo jak mniemam będziesz do niej na razie chodziła, tak? - zapytał
- sądzę, że tak… nie chciałabym zawalić roku, ale szczerze to jeszcze nad szkołą nie myślałam. - powiedziała trochę zmartwiona
- nie martw się, jakoś to będzie :) a w szkole uważaj na przerwach, żeby nikt cię nie uderzył, nie popchnął na to uważaj. Dostaniesz zwolnienie z lekcji w-fu, ale to nie znaczy, że nie możesz ćwiczyć. Ćwiczenia gimnastyczne wykonuj, ale z granicą. Nic na siłę, tylko tyle ile możesz. Staraj się robić wszystko żeby się nie przeziębić. Nawet z głupim katarem jak wy to mówicie zgłoś się do lekarza. I pamiętaj żeby powiedzieć lekarzowi, że jesteś w ciąży i co najważniejsze NIE PRZYJMUJ SAMA ŻADNYCH LEKÓW - powiedział pomału, głośno i wyraźnie - zrozumiałaś?
- tak, nie będę.
- no i to o czym już raczej nie powinienem mówić, ale nie pij alkoholu ani nie pal…
- oczywiście panie doktorze.
- no to by było na tyle - uśmiechnął się i poklepał ją po ramieniu - zobaczysz… urodzisz słodkie maleństwo.
- dziękuję panie doktorze, bardzo panu dziękuję - powiedziała Ania dotykając brzucha i uśmiechając się do lekarza.
Lekarz poszedł, a Ania wyjęła swój notatnik, który przyniosła jej mama i zaczęła pisać…
“Więc jednak wszystko jest dobrze, urodzę piękne dziecko… :) Szkoda, że będę musiała je oddać… Będę musiała? Ale jak? Ja już je… pokochałam! Tak, pokochałam. Wiem, że przypomina mi… przypomina mi o tym wszystkim, ale ja je kocham… Nie chcę go oddawać… Ale co zrobić? Tak będzie dla dziecka lepiej… ja sobie poradzę, żeby tylko ono miało jak najlepsze życie. To przecież dziecko jest tu najważniejsze… nie ja… nie rodzice… tylko dziecko. Ehh tyle już za mną, ale jeszcze tyle przede mną! Teraz dopiero się zacznie… policja, pewnie będą przesłuchania, ale ja nie chce… ja nie chce zeznawać! przyjaciele… ciekawe jak zareagują, w końcu i tak się dowiedzą, aż nie chce mi się o tym myśleć :/ a szkoła? te.. O BOŻE!!! przecież ON… on będzie chodził do szkoły… Dopiero teraz o tym pomyślałam! skoro nie chcę zeznawać to.. to jemu nic na razie nie grozi… przecież nie było świadków! a co jeśli będzie mnie zaczepiał?! Ja nie chce go widzieć!!!!!!!!!!!!!!! Nie chce! NIE CHCE WRACAĆ DO SZKOŁY! Boję się go… :( Życie jest okrutne…”

Opublikowany w: on luty 23, 2008 at 9:30 pm Komentarze (0)
Tags: , , , , , ,

rozdział 11 - decyzja

- Mamoo…
- Słucham Aniu? Nie zauważyłam kiedy się obudziłaś - uśmiechnęła się mama podnosząc wzrok z gazety na córkę.
- Nie spałam… leżałam, nie mogę zasnąć… Mamo, co byś zrobiła na moim miejscu? Powiedz… co ja mam zrobić? - pytała, ale głos jej się załamywał
- Dziecko… masz 15 lat, całe życie przed Tobą. Musisz zdać sobie sprawę z tego, że dziecko wszystko zmieni w Twoim życiu. Zawsze będziesz musiała pomyśleć najpierw o nim, a dopiero potem o sobie. Wychowywanie dziecka to nie jest prosta sprawa… - zaczęła jej tłumaczyć mama.
- tak mamo, ja to wszystko wiem… ale żeby podjąć decyzję muszę wiedzieć na ile Wy jesteście w stanie mi pomóc. Dziecko kosztuje, a ja nie mam stałych dochodów. Wiem, że coś dostałabym od państwa, ale nie wiem czy to wystarczy. Poza tym czy wy w ogóle chcecie mi pomóc w wychowaniu…
- ależ… - wtrąciła się w zdanie mama
- nie przerywaj mi mamo, daj mi skończyć i powiedz szczerze jak to jest od waszej strony - przerwała jej poważnie. W tym momencie do sali wszedł ojciec - o tato, dobrze, że jesteś… siadaj - powiedziała a sama wstała i podeszła do okna. - właśnie rozmawiałam z mamą o tym, co teraz zrobić. Nie uświadamiajcie mnie w tym pod względem, że już się wszystko zmieni i skończy się zabawa, bo ja to wszystko wiem. Jest mało czasu na podjęcie decyzji. Stało się jak się stało, tego już nie zmieni żadne z nas. Teraz musimy zastanowić się, co dalej… Całą noc nie spałam i myślałam jak to będzie… Zdecydowałam i zdania nie zmienię niezależnie od tego jakie będzie wasze zdanie, że dziecka nie usunę. Ono niczemu nie zawiniło, a ja nie pozwolę na to żeby moje dziecko zostało zabite… - i w tym momencie urwała, nie zwracając uwagi na zszokowanych rodziców zdała sobie sprawę, że zachowuje się jak prawdziwa matka. Czuje, że nosi w sobie dziecko, swoje dziecko… Ania nagle wyszła ze stanu szoku, tej zaczynającej się depresji… wzięła się w garść w ciągu jednej nocy, bo zdała sobie sprawę z tego, że już nie decyduje tylko o sobie. Wiedziała, że to od niej zależy życie jej dziecka. A kiedy już uznała to dziecko za swoje nie mogła pozwolić na to, żeby stała mu się krzywda. Po krótkiej chwili kontynuowała dalej. - Musicie mnie zrozumieć. To dziecko nie było owocem miłości… - znowu urwała, gdyż gardło jej się zacisnęło a w oczach pojawiły się łzy, ale przełknęła ślinę, przymknęła swoje niebieskie oczy i dzielnie mówiła dalej - …ale to dziecko jest moje i chcę je urodzić. Nie dam rady go wychować… a na pewno nie zdołam wychować go sama. Do wyboru są dwa wyjścia: albo pomożecie mi wychować dziecko i przyjmiecie nas oboje pod swoim dachem, albo urodzę i oddam dziecko do adopcji… może kiedyś zrozumie. Są takie adopcje w których matka może się widywać z dzieckiem bez ograniczeń. Może znajdę  rodzinę, która zgodzi się na takie warunki… nie usunę dziecka. - zakończyła czując się jak w filmie… tylko, ze to ona była jego główną bohaterką, a nie jak zwykle widzem. Zszokowani zachowaniem i dorosłą wypowiedzią córki rodzice przez chwilę jeszcze nie wiedzieli, co powiedzieć… pierwszy odezwał się ojciec.
- moim zdaniem trzeba się na spokojnie zastanowić nad dalszym rozwiązaniem. Nikt cię nie zmusi do aborcji, my jako rodzice tym bardziej, to by było okrutne - powiedział, na co matka skinęła głową i przejęła głos.
- jeśli czujesz się na siłach, żeby przejść przez całą ciążę to nie robimy ci z tego powodu problemów. Ale wiesz, że musisz zastosować się do różnych diet, przechodzić pewne etapy ciąży, które bywają trudne? - zapytała
- dam rady mamo, muszę… wiele nastolatek jest w ciąży i sobie radzą i ja też sobie poradzę… - odpowiedziała zawzięcie.
- w takim razie jeśli ustaliliśmy, że urodzisz dziecko możemy powiadomić o tym lekarza. A co zrobimy po narodzinach dziecka musimy dobrze się zastanowić i proponuje z tym zaczekać parę dni i
pomyśleć. - powiedział pan Tadeusz.
- ale jesteś pewna córeczko? wiesz, że już nie będzie odwrotu? musisz podjąć ostateczną decyzję… - dopytywała się mama.
- tak mamo… jestem pewna. urodzę to dziecko! - powiedziała dzielnie.
Tak więc parę minut później Ania oraz rodzice poinformowali lekarza o podjętej decyzji. Następnego dnia miała zostać przewieziona na ginekologię, w celu przeprowadzenia badań, a za dwa dni jeśli wyniki będą dobre zostanie wypisana do domu. Na tą wiadomość Ania, aż krzyknęła z radości. teraz marzyła jej się ciepła kąpiel i wygodne swoje łóżeczko. ale to dopiero za dwa dni… za to po południu w szpitalu czekała ją miła niespodzianka. Mianowicie odwiedzili ją koledzy i koleżanki z klasy. Każdy uścisnął Anię i dali jej kwiaty. Przez godzinę opowiadali jedno przez drugiego jak się martwili, jak nauczyciele się dopytują gdzie jest, że nudno bez niej i wygłupiali się. Dzięki nim Ania zapomniała o wszystkich problemach, które teraz jej spadły na głowę. Po godzinie zaczęli się rozchodzić. Została już tylko Julka, żeby porozmawiać jak dawniej.
- Przepraszam Ania, że wcześniej do ciebie nie przyszłam, ale na prawdę nie wiedziałam nawet jak się zachować… wiem, co się stało… jest mi tak bardzo przykro, jeszcze zostawiłam cię z tym samą - powiedziała wtulając do siebie Anię
- Nic się nie stało Juluś… nie mam do ciebie pretensji. I tak musiałam pobyć trochę sama Kochanie. Sądzę, że gdybyś przyszła wcześniej nie byłabym w stanie z tobą rozmawiać. Dopiero dziś wróciłam do formy, na prawdę się cieszę, że przyszli wszyscy - powiedziała z uśmiechem.
- Fajną mamy klasę, co? - roześmiała się Julka
- Świetną - potwierdziła
- Kiedy cię wypisują? - zapytała Julia
- Chyba za dwa dni, jeszcze muszą mi powtórzyć badania i dopiero wtedy jak będzie ok mogą mnie wypisać.
- A jak się czujesz?
- Dobrze… już dobrze… - powiedziała zmienionym głosem i szybko odwróciła wzrok. Niby rozmawiała z najlepszą przyjaciółką, a nie umiała przyznać, że jest w ciąży… Dlaczego zwleka? Przecież i tak wszyscy się dowiedzą, a to jest jej najbliższa przyjaciółka…
- Na pewno? - upewniła się zaniepokojona tonem jakim odpowiedziała Ania
- Tak, wszystko ok. Nie martw się Kochanie - powiedziała z udawanym uśmiechem.
- To dobrze… - odwzajemniła uśmiech, chociaż wiedziała, że Ania nie jest z nią szczera. Nie dociekała prawdy, bo nie chciała naciskać na Anię. Doszła do wniosku, że jeśli Ania będzie gotowa to jej o wszystkim powie. - Wiesz Aniuś… ja już muszę zmykać, ale mogę Cię jutro odwiedzić - powiedziała miło
- hm.. z tego, co wiem to jutro będę miała cały dzień badania na różnych oddziałach, więc nie wiem czy będę miała możliwość do odwiedzin. Napiszę ci esa jutro, ok?
- ok, to czekam na eska, teraz już lecę. Buźka - pożegnała się z Anią i wyszła.
A Julka rozmyślała trzymając rękę na brzuchu… Tak kochała dzieci, że już od pierwszych dni przywiązywała się do tej malutkiej fasolki… Ale wiedziała, że nie poradzi sobie z wychowaniem… że będzie musiała je oddać zaraz po tym, jak przyjdzie na świat… Bała się, że serce jej pęknie z bólu jak przyjdzie czas rozstania. Na samą myśl zacisnęło jej się gardło, a łzy pociekły jak woda z kranu…

Opublikowany w: on luty 20, 2008 at 12:22 przed południem Komentarze (0)
Tags: , , , ,

rozdział 10 - w roli matki…?

- Proszę - rzekł lekarz po usłyszeniu pukania do drzwi
- Dzień dobry panie doktorze, mieliśmy przyjść dziś rano do pana - powiedział pan Tadeusz
- tak, tak… proszę usiąść - wskazał rodzicom dwa krzesełka na przeciwko siebie
- Czy już coś wiadomo?
- tak mamy już wyniki badań. Na szczęście żaden narząd nie został uszkodzony i wszystko jest w porządku pod tym względem. Nie ma wstrząsu mózgu, nerki również są w porządku…
- to całe szczęście… - uradowała się pani Ela - to znaczy, że trzeba się już skupić tylko na stanie psychicznym?
- …i tak… i nie… - powiedział pomału lekarz
- co to znaczy? - zapytał ojciec dziewczynki i w tym samym czasie do pokoju lekarskiego wszedł młody lekarz
- wołałeś mnie? - zapytał lekarza prowadzącego
- tak  Wojtek, chodź. To są rodzice Ani, którą dzisiaj badałeś, przedstaw im wszystko dokładnie, ja jeszcze nie zdążyłem powiedzieć.
- a..ale o czym panie doktorze? co się stało? - zaniepokoili się już rodzice
- spokojnie, to jest doktor Wojciech Lubrecki, ginekolog, który wszystko Państwu wytłumaczy - powiedział i zwolnił miejsce lekarzowi, a sam usiadł na krześle obok.
- Proszę Państwa - zwrócił się do zaskoczonych rodziców - Ania jest w ciąży… - powiedział, ale przerwał, bo pani Ela wydała z siebie stłumiony, krótki krzyk przerażenia - spokojnie… jesteśmy pewni, że dziecko powstało w wyniku przemocy i wykorzystania seksualnego. Prawo zezwala w tej sytuacji na aborcje, której mogę się podjąć. Decyzja należy do Państwa i Państwa córki.
- czy można usunąć nie mówiąc jej o ciąży? przecież to zrujnuje jej życie, nigdy nie zapomni o tym co się stało, bo zawsze dziecko będzie jej o tym przypominało… ona nie może się dowiedzieć - zapytała pani Ela.
- nie, nie… takie wyjście nie wchodzi w grę. Państwa córka ma już  15 lat, musi wiedzieć o tym, że jest w ciąży i musi podjąć decyzję… Państwo mogą jej w tym pomóc, ale to do niej należy ostatnie słowo. - stwierdził.
- Czy ciąża w tym wieku nie jest niebezpieczna dla naszej córki?
- Ania do tej pory rozwijała się prawidłowo, nie widzę przeciwwskazań od strony zdrowotnej do urodzenia tego dziecka. Wszystko zależy od tego, czy Ania pod względem psychicznym będzie w stanie zostać matką oraz od tego na ile Państwo będę mogli jej pomóc. To dla niej teraz najważniejsze, żeby czuć w Państwu oparcie. - tłumaczył lekarz
- rozumiem… a ile czasu ma na podjęcie decyzji? - zapytała matka
- im szybciej tym lepiej… Ania jest młoda i czym później tym większe ryzyko. Chciałbym znać decyzję w ciągu najbliższych dni. Jeśli Państwo chcą to mogę jej powiedzieć o tym dzisiaj, niech się z tym prześpi i na spokojnie pomyśli. Chyba, że to Państwo chcą ją poinformować?
- Nie Panie doktorze… niech Pan jej powie… tylko proszę delikatnie.
- Dobrze w takim razie, ja już pójdę i zostawię Państwa z lekarzem prowadzącym, będziemy w kontakcie, do widzenia.
- do widzenia - odpowiedzieli rodzice
- zaczekaj Wojtek - zawołał doktor Sokół i podszedł do drzwi, w których stał Wojtek. - jeśli Ania zdecyduje się kontynuować ciążę to ile chcesz ją jeszcze trzymać na obserwacji?
- słuchaj… nie widzę pod tym względem żadnych przeciwwskazań do wypisu. Zatrzymajmy ją jeszcze dwa, góra trzy dni i myślę, że można wypisać. Chyba, że zdecyduje się na aborcje to wtedy oczywiście nie.
- dzięki, to idź jej powiedz, ja jeszcze porozmawiam z rodzicami. - powiedział, po czym zwrócił się do rodziców - Nie chcę Państwa dłużej zatrzymywać, myślę, że w ciągu kilku dni już wypiszemy Anię, jeśli nie zdecyduje się na usunięcie dziecka. Jeszcze jedna sprawa, mianowicie czy Państwo będą korzystać z usług szpitalnego psychologa, czy na własną rękę u kogoś innego?
- Po wyjściu ze szpitala zapewnimy jej opiekę psychologa na własną rękę - odpowiedział ojciec dziewczyny.
W tym samym czasie lekarz wszedł do sali Ani.
- to nie możliwe… - płakała - to nie może być prawda! przecież ja jestem za młoda. miałam plany na życie, chciałam skończyć prawo, wyjechać, mieć męża, psa i gromadkę dzieci… ale nie teraz! po cholerę  poszłam na tą dyskotekę……
- nie obwiniaj się - przerwał jej młody lekarz - to nie Twoja wina, była tu policja, powinnaś zeznawać i ukarać tego, który Ci to zrobił
- nie - powiedziała stanowczo odwracając głowę, nagle zrobiła się bardzo poważna i przestałą płakać - nie będę zeznawać
- ale…
- proszę mnie zostawić samą
- Aniu nie zamykaj się w sobie - próbował naprawić kontakt, ale na daremne - zostawię Ci tutaj ulotki dotyczące aborcji i ciąży, prześpij się z tym… ale nie zwlekaj długo z decyzją. Przyjdę jeszcze do Ciebie, odpocznij. - powiedział i wyszedł, a do sali weszli rodzice.
- córeczko… - podbiegła do niej mama i mocno ją przytuliła
Na to zdrobnienie Ania uświadomiła sobie, że ona też będzie mogła niedługo mówić do tego ziarenka, które trzyma w sobie “córeczko” lub “synku”. Pozwolić mu żyć?
- mamo… zostawcie mnie samą - powiedziała, a jej oczy się zaszkliły.
- ale córeczko… - zaprotestowała mama
- mamo, proszę!
- chodź Elu… zostawmy ją na trochę - mąż zwrócił się do żony, a następnie opuścili salę.
Na korytarzu wpadł na nich Malutki ubrany w szerokie dżinsy i szeroką bluzę.
- przepraszam - powiedział i ruszył w kierunku sali Ani.
- chwileczkę chłopcze - zawołał pan Tadeusz - kogoś szukasz?
- w prawdzie już nie szukam, bo znalazłem, a o co chodzi?
- a kim jesteś?
- yy no wie pan.. .to chyba ja powinienem o to zapytać. Zatrzymuje mnie pan i wypytuje, to chyba coś nie tak…
- ja jestem ojcem tej dziewczyny i wolałbym wiedzieć, kto ją odwiedza, tym bardziej, że cię chłopcze nie znam.
- ahm… rozumiem,  nazywam się Michał Nochelski, to ja znalazłem ją nieprzytomną i zadzwoniłem po pogotowie, chciałem się dowiedzieć jak się czuje. - powiedział Malutki
- to Ty ją znalazłeś? - zapytał z niedowierzaniem - chcielibyśmy Ci z żoną podziękować… - powiedział i uścisnął mu dłoń
- nie ma za co… każdy zrobiłby to samo na moim miejscu - powiedział z uśmiechem - czy mogę ją zobaczyć? - zapytał
- niestety… ona dużo przeżyła i nie chce być na razie sama.
- ja jednak nalegam… jeśli nie będzie chciała rozmawiać to wyjdę - obiecał, ale ojciec nie chciał ulec - proszę chociaż jej zapytać… jeśli powie nie, to nie będę wchodził - walczył i ojciec wszedł do sali, zamykając za sobą drzwi.
- proszę, możesz wejść, ale nie długo i zostaw otwarte drzwi - powiedział do Michała wychodząc z sali córki.
- dziękuję - odpowiedział i wszedł do Ani.
Ich rozmowa nie trwała długo, Ania nie wiedziała, czy ma dziękować mu za to, że ją uratował, czy wręcz przeciwnie. Była w sytuacji, z której nie widziała wyjścia. Nie chciała usuwać dziecka, bo to nie ono zawiniło, ale z drugiej strony nie wyobrażała sobie siebie w roli matki. Jedynym wyjściem było oddanie dziecka do adopcji. Ale czy będzie w stanie to zrobić? Czy nie obudzi się w niej instynkt macierzyński, który jej na to nie pozwoli? A co wtedy zrobi? Może jednak lepiej usunąć dziecko teraz, póki można…

Opublikowany w: on luty 14, 2008 at 10:54 pm Komentarze (0)
Tags: , , , , , ,