rozdział 19 - korytarz

- Jak tu dziwnie – pomyślała Ania, a echo powtórzyło jej myśli na głos. Dziewczyna stała na środku wielkiego, zimnego korytarza, w którym było mnóstwo małych drzwi. Nie wiedziała, gdzie jest, gdzie iść ani dokąd zmierza. Zastanawiała się czy ktoś jest tu oprócz niej i usłyszała swój głos odbijający się od ścian: „Jest tu ktoś?”. Czy to tak wygląda śmierć? Inaczej wyobrażała sobie niebo, tu było zimno, strasznie zimno i ciemno. Światło dochodziło tylko z małych szczelin w drzwiach. A może wcale nie pójdzie do Nieba? Popełniła samobójstwo, może to jest droga do Piekła? A może wszystko zależy od tego, którą drogę teraz wybierze? Ale tu tyle drzwi, więc, gdzie iść? W których drzwiach czeka na nią jej dzieciątko? Przyzwyczaiła się do odbijającego się od ścian głosu jej własnych myśli, więc nie zwracała już na to większej uwagi. Chodziła od drzwi do drzwi, przyglądając się im dokładnie. Ale im dalej szła – tym więcej drzwi się pojawiało. Postanowiła wrócić do początku, ale niestety już go nie znalazła, gdyż z każdym krokiem pojawiały się nowe drzwi. W końcu postanowiła wejść do małych, mosiężnych drzwi. Gdy drzwi zaskrzypiały, a ona weszła do środka, ujrzała kilka kolejnych drzwi, ale te którymi tu weszła już zniknęły. – Aha… czyli powrotu już nie mam. No cóż trzeba iść dalej, tylko gdzie? – zastanawiała się. Ruszyła w kierunku drzwi, przez które wdzierało się do pomieszczenia najwięcej światła. W nowej sali było kilka kolejnych drzwi, ale tu było już cieplej. Ania weszła bez większego zastanowienia w jedne z nich. Drzwi zaskrzypiały i dziewczyna stanęła pośrodku owalnego pomieszczenia, które miało już tylko dwie pary drzwi. Pojawił się dylemat, w które z nich wejść. Nagle Ania usłyszała ciche trzepotanie skrzydełek, odwróciła się i ujrzała pięknego, małego motyla, który latał wokół sali. W końcu zniżył swój lot i wyleciał przez szparę w większych drzwiach. Ania ruszyła za nim. Kiedy dotknęła klamki, poczuła dziwne ciepło, które zaczęło ją wypełniać. Zamknęła oczy i przekroczyła przez próg. Kiedy je otworzyła stała na pięknej polanie, na której były wysokie, sięgające jej do pasa, kolorowe kwiaty. Wokół latały piękne motyle i ptaki, a z nieba świeciło śliczne słońce. Ania ruszyła między kwiatami stąpając po miękkiej trawie. Po jakimś czasie ujrzała duży kamień, na którym stał mężczyzna w podeszłym wieku ubrany w czarny garnitur. Na jego twarzy jawił się uśmiech. Kiedy rozłożył szeroko ręce, Ania ruszyła ku niemu, zastanawiając się kim jest ten mężczyzna. Przybliżając się do niego, zaczęła kojarzyć skądś te rysy twarzy i zmarszczki pojawiające się w wyniku szerokiego uśmiechu. Gdy była już kilka kroków od kamienia, ów mężczyzna zszedł z niego i ruszył w kierunku Ani.
- Aniu, jak ty wyrosłaś – powiedział radośnie, a Ania uśmiechnęła się szeroko.
- Dziadek? – zapytała z niedowierzaniem. A on z uśmiechem kiwnął głową. – Dziadek! – krzyknęła szczęśliwie i pobiegła w jego kierunku, rzucając mu się w ramiona – Miałam 2 lata, gdy odszedłeś! – wzruszyła się.
- Tak Aniu – przytulił ją gorąco – Ale teraz mamy mało czasu, musimy iść.
- Dobrze, a gdzie idziemy? – zapytała
- Chyba kogoś szukasz, prawda? – uśmiechnął się.
- To ty wiesz?
- Oczywiście – skinął głową – Pośpieszmy się.
Szli dość szybko przez łąkę w kierunku lasu, na skraju którego stał kolejny mężczyzna.
- Kto to jest? – zapytała dziadka
- A nie poznajesz? Podejdź bliżej, to zobaczysz.
Ania podbiegła i rozpoznała w mężczyźnie swojego drugiego dziadka. I znowu wzruszyła się do łez i przytuliła się mocno do niego. Przez las szli już w trójkę. Szybkim krokiem szli przez różne dróżki i omijali konary drzew.
- Dlaczego się tak spieszymy? – zapytała zdyszanym głosem
- Bo masz bardzo mało czasu – powiedział dziadek
- Mało? Do czego?
- Do życia. – odpowiedział krótko drugi dziadek
- Ale przecież ja umarłam.
Na to już jej nie odpowiedzieli, tylko przyspieszyli kroku. Droga, którą szli kończyła się za zakrętem, gdzie czekała na nich młoda kobieta. Ania domyślała się, że to następny członek jej rodziny. I nie myliła się. To była jej ciocia. Ania przywitała się ciepło i ruszyli dalej. Doszli nad jezioro, gdzie było piękne, duże drzewo i zawieszona na gałęziach huśtawka.
- Chodźmy do środka – powiedziała ciocia.
Ania dopiero teraz zobaczyła, że za nimi jest śliczny domek jednorodzinny, do którego właśnie ruszyli. W środku unosił się przyjemny zapach świeżych kwiatów. Ania podziwiała każde przytulne i ciepłe pomieszczenie, każdy widok. To było jak spełnienie marzeń. Zawsze chciała mieszkać właśnie w takim domku. Niestety dziadkowie ją ponaglali, ciągle mówili, że ma mało czasu, ale ona nadal nie wiedziała, gdzie ma się spieszyć. Ciocia zaparzyła herbatę i wszyscy usiedli przy stole.
- Aniu – zaczął dziadek – Wiemy, co się stało, ale uważamy, że popełniłaś błąd.
- Nie… - zaczęła oponować, ale dziadek przerwał jej podniesieniem ręki.
- Zaczekaj i posłuchaj.
- Czeka cię jeszcze jedna niespodzianka, ale potem musisz wracać – kontynuował drugi dziadek.
- Nie mogę dziadku! – powiedziała stanowczo
- Aniu… to nie jest twoje miejsce. Ty popełniłaś samobójstwo, tak czy owak nie będziesz tu. Możesz być tu jeszcze tylko przez chwilę, ale jeśli powrócisz, to będziesz miała tu swoje miejsce, kiedy przyjdzie twój czas. – tym razem przemówiła ciocia.
- Ale ja nie chcę wracać! Tam już nie ma mnie, muszę tu kogoś odnaleźć, po to się zabiłam i na pewno nie wrócę.
- Posłuchaj mnie uważnie. Czasu jest co raz mniej, więc teraz pójdziesz tymi schodami na górę, a potem wrócisz, rozumiesz? – zapytał dziadek
- Ale dziadku…
- Nie dyskutuj. Idź na górę.
Ania wstała i poszła na górę. Wchodząc po schodach zastanawiała się jak się stąd wydostać, żeby dziadkowie i ciocia nie zauważyli i zacząć szukać dziecka. Na górze było kilka pokoi, ale Ania weszła do pierwszego z nich. Kiedy je uchyliła usłyszała głos pozytywki, pokoik ten miał piękne różowe ściany i dużo pluszowych zabawek. Ania rozejrzała się, ale pokoik był pusty. Usiadła na miękkim łóżeczku i wzięła do ręki jedną z zabawek. Miała taki przyjemny, nieokreślony zapach. Po chwili drzwi się uchyliły i weszła do nich mała dziewczynka.
- Mamusia? – zapytała cieniutkim głosem
Ania odwróciła się szybko i ujrzała swoją córeczkę. Była taka śliczna, podobna do niej. Miała piękne włoski i cudowne oczka, a ubrana była w śliczną, różową sukienkę.
- Kochanie! – podbiegła do niej i wzięła ją na ręce, mocno przytulając. Płakała. Płakała ze szczęścia, że ją odnalazła.
- Mamusiu nie płacz – powiedziała cichutko dziewczynka. A Ania jeszcze mocniej się rozpłakała.
- Jaka ty jesteś duża, Kochanie. Mamusia cię już nie zostawi. – Przytulała ją mocno.
- Mamusiu musisz wracać. Dziadziuś mi mówił, że mamy bardzo malutko czasu.
- Wiem, ale nie bój się nie wrócę, zostanę z tobą.
- Mamusiu istnieję tylko dlatego, że mnie kochałaś. To, że do mnie mówiłaś, że tyle czasu ze mną byłaś, chociaż ja już odeszłam pozwoliło mi rosnąć. Mieszkam tu z ciocią i dziadziusiami. I jest mi dobrze. Nic złego mi się tu nie dzieje. Kocham cię mamusiu – mówiła cieniutkim głosikiem
- Ja też cię kocham Kochanie – powiedziała, dławiąc się łzami. – Powiedz, jakie imię dali ci dziadkowie, a może ciocia?
- Oni nie mogą mi dać imienia, to ty mamusiu musisz – powiedziała uśmiechając się i pokazując piękne dwa ząbki.
- Madzia… podoba ci się?
- Jest piękne Mamusiu, dziękuję – przytuliła się mocno.
Po chwili do pokoju weszła ciocia i dziadkowie.
- Aniu musisz już iść – powiedziała cicho ciocia.
- Nie! – powiedziała stanowczo Ania przytulając mocniej swoje dziecko.
- Aniu musisz, tylko w ten sposób masz szansę jeszcze tu wrócić.
- Madzi nic złego nie może się tu stać, tutaj nie ma zła, a my będziemy się nią opiekować. – powiedział dziadek.
- Aniu wróć, proszę cię, wróć – zaczął ją prosić drugi dziadek.
- Ja chcę zostać ze swoim dzieckiem, nie chce kolejny raz go stracić – płakała
- Mamusiu, nie stracisz mnie – powiedziała uśmiechając się – Przyjdziesz tu jeszcze do mnie, a ja będę grzecznie czekała. Dziadziusiowie i ciocia mnie tu bardzo kochają. Nie martw się o mnie. – spojrzała na Anię swoimi pięknymi, niebieskimi oczkami.
- Madziu, Kochanie, tak bardzo cię kocham, ja nie umiem tam bez ciebie żyć.
- Ale Mamusiu, ja chcę być z tobą, a jak nie wrócisz to odejdziesz stąd na zawsze. – powiedziała smutno Magda
- Ania naprawdę musisz wracać, to ostatnia chwila na decyzję – powiedział poważnie i stanowczo dziadek
Dziewczyna nie wiedziała, co zrobić. Tak bardzo chciała tu zostać. Popatrzyła na dziadków, którzy czekali niespokojnie na jej decyzję, na ciocię, która patrzyła na nią błagalnym wzrokiem i na Magdę, która patrzyła na nią swoimi słodkimi oczkami.
- Prosię – powiedziała cichutko.
Ani serce pękało, ale wiedziała, że musi wracać. Robiła to głównie dla córeczki, żeby mogła tu jeszcze kiedyś do niej wrócić. Wstała z podłogi i wzięła ją na ręce, mocno tuląc do siebie.
- Ciociu, zaopiekujesz się nią? – zapytała przez łzy
- Oczywiście Aniu, nic jej się tu nie stanie – zapewniała ją ciocia, a dziadkowie potwierdzili.
- Madziu, mamusia musi już iść, ale wrócę jeszcze do ciebie Kochanie i będziemy się bawić, dobrze?
- Będę czekać Mamusiu – powiedziała dziewczynka i pocałowała Anię.
- Musimy już iść, odprowadzimy cię do wyjścia, a dalej pójdziesz już sama – powiedział dziadek.
- Możesz wziąć Magdę jeszcze do wyjścia, a potem zostanie tu z nami – dopowiedział drugi dziadek jakby czytał w jej myślach.
Ciocia poszła przodem, a Ania ruszyła z Madzią na rękach za nią. Szła nie odrywając wzroku od córeczki. Bardzo szybko doszli do brzegu jeziora, gdzie się zatrzymali.
- Tu musimy się rozstać Aniu – powiedział dziadek.
- Daj mi Madzię – powiedziała ciocia.
- Bądź dzielna Aniu – rzekł dziadek – już czas.
- Madziu, Kochanie pamiętaj, że mamusia bardzo cię kocha i wróci tu do ciebie, zaczekasz na mnie?
- Tak mamusiu, ja też cię bardzo kocham. Będę tutaj z ciocią i dziadziusiami, mamusiu. – powiedziała dziewczynka
- Dobrze Kochanie, idź teraz do cioci na rączki – z ciężkim bólem i łzami musiała ją w końcu oddać i się pożegnać. – Dziękuje wam bardzo – powiedziała do cioci i dziadków i każdego z nich mocno uścisnęła i pocałowała. Ostatni pocałunek był oczywiście dla Magdy. – Więc co teraz mam zrobić? – zapytała.
- Zanurkuj w jeziorze – odpowiedział dziadek
Ania zaczęła wchodzić do wody, kiedy usłyszała jeszcze cieniutki głosik.
- Mamusiu! Nie płacz! – krzyknęła Madzia i mocno machała rączką na pożegnanie. Ani ciężko było się rozstawać z bliskimi, ostatni raz spojrzała na całą czwórkę, pomachała uśmiechniętej córeczce i zanurzyła się w jeziorze.
- Aniu… Aniu otwórz oczy. Spójrz na nas. Obudź się. Aniu, słyszysz nas? Porusz ręką. Aniu. Otwórz oczy. - do jej głowy dochodziły ciche, odległe komendy. Poczuła ostry, przeszywający ból. Otworzyła na chwilę oczy i szybko je zamknęła, gdyż światło nie pozwalało jej dłuższe patrzenie. Uratowali ją. Żyła.  

Opublikowany w: on marzec 16, 2008 at 9:12 pm Komentarze (0)
Tags: , , , , , , , ,

rozdział 18 - nowa droga

Mijały dni, tygodnie a Ania nadal nie umiała sobie z tym wszystkim poradzić. Rodzice “ciągali” ją od jednego do drugiego psychologa, jakby to miało w czymś pomóc… Dla niej jedynym celem każdego dnia po wstaniu z łóżka było wyjście na cmentarz i powrót wieczorem. Potrafiła przesiedzieć tam cały dzień bez jedzenia, w mrozie… Nie docierały do niej żadne argumenty rodziców, ani lekarzy. Liczyło się wyłącznie to.  Wiedziała, że nikt jej nie potrafi zrozumieć, więc zaczęła kontynuować swój pamiętnik. Tam przynajmniej mogła powiedzieć wszystko…
“Dawno tu nie zaglądałam… W ostatnim wpisie jeszcze byłam “szczęśliwa”… tak.. szczęśliwa w cudzysłowie, bo jakimże szczęściem mógł być dla mnie tamten czas? tamte wydarzenia? Każdy tu wie co czuję, każdy mi współczuje, rodzice się litują, lekarze wmawiają, że rozumieją. Jestem w kręgu kłamstwa.. nikt nic nie wie. Nie jestem idiotką, a jednak robią ją ze mnie! Kiedy lekarze mówili mi… że dziecko będzie zdrowe, że wszystko będzie dobrze… wierzyłam im. Teraz już wiem, że słowa: “wszystko będzie dobrze” są puste i bez przyszłości. Nic nie będzie już dobrze!! Wolałabym, żeby oni żyli swoim życiem, a mi dali żyć moim… Mam dość tych cholernych psychologów, którzy myślą, że wiedzą jak mi pomóc! Nie potrzebuje pomocy… nie chce jej, sama sobie ze wszystkim poradzę. Wczoraj jakiś pojebany psycholog pytał mnie czy ukazują mi się duchy, czy widzę je, czy słyszę jakieś głosy…. Czy oni mają mnie za wariatkę?! Mam już dość takiego życia! Może i rodzice chcą dobrze, ale dużo lepiej byłoby, gdyby zostawili mnie w świętym spokoju! Nie jestem wariatką!!! A jeszcze lepiej byłoby, gdyby mnie tu nie było… po co ja tu?! Moje miejsce jest już gdzie indziej… Ja już jestem gdzie indziej. Tutaj pozostało moje ciało, ale czymże jest puste ciało? Codziennie chodzę do Ciebie Skarbie, bo tam czuję się lepiej. Oni tego nie rozumieją. W gruncie rzeczy wiem, że powinnam żyć, jak dawniej… powinnam pogodzić się z tym wszystkim, ale nie potrafię.
Dziecko, ile ja bym dała, żebyś urodziło się zdrowe i szczęśliwe… Jak można cofnąć czas? A ile bym dała, żebyś się Kochanie urodziło za kilka lat… żebyś miało tatusia, który by nas kochał i szczęśliwy start… Ale przepraszam Cię Skarbie, że nie potrafię cofnąć czasu :( Nie umiem przywrócić Cię do życia, choć tak bardzo bym chciała… Ale wiem, że tam jest Ci dobrze… i kiedyś się spotkamy… zaczekaj tam na mnie, przyjdę.
Życie jest takie niesprawiedliwe…’”
- Ania, chodź na kolację! - zawołała mama z kuchni.
- Nie dzięki mamo… ja już jadłam, położę się. - skłamała, gdyż nie jadła tego dnia nawet śniadania.
“Minął kolejny tydzień, który u mnie znów wyglądał tak samo… Jest wiosna, powoli wszystko budzi się do życia… tak wszystko budzi się do życia… a ja umieram… pomału, samotnie.. odchodzę. Odchodzę do Ciebie Skarbie, bo tu nie potrafię sama żyć. Mój kuzyn będzie miał dziecko! Czyż to nie cudownie…? Urodzi się na przełomie października i listopada. Zbiegiem okoliczności ciocia także spodziewa się dziecka… i urodzi się w tym samym czasie. A czy wiesz Kochanie, że i ty urodziłabyś się w tym czasie? Jakie te rodziny są szczęśliwe… My też będziemy szczęśliwi, już niedługo… zaczekaj, bo idę do Ciebie Skarbie… Powiedz tylko… jak będzie najszybciej? Czy potem jest tylko jedna droga? Czy łatwo będzie Cię znaleźć? A może zaczekaj na mnie tuż przy wejściu? Nie mogę się doczekać kiedy Cię zobaczę… Już się cieszę :) Chwilka… jeszcze tylko.. Ok! Już! Chyba to już wszystko, co było mi pisane tutaj… Teraz czas zacząć nową drogę. Kocham Cię! Zaraz będę!
PS. Jeśli ten zeszyt dostanie się w czyjeś ręce, to nie obwiniajcie za to nikogo… To moja decyzja! Chcę być przy dziecku.. Kocham Je! Proszę… przekażcie dziewczynom i Marcinowi… że nie mieli na to wpływu… nic tym razem by nie pomogli… Dziękuję im za wszystko! Marcinowi także… Wybaczam Ci to że mnie zraniłeś, wybaczam wszystko wszystkim! I proszę o wybaczenie. Nie było innego wyjścia. Nie płaczcie za mną… Jestem szczęśliwa! Mamo.. Tato.. Napisałam już do Was list… leży na szafce. Przepraszam! Kocham!
Żegnajcie!”

rozdział 17 - fasolka

- Potrzeba ci czegoś córeczko? - zapytała cicho mama wchodząc do jej ciemnego pokoju.
- Nie. - odpowiedziała krótko
- A chciałabyś coś zjeść? Może pójdziemy na pizze?
- Nie chce.
- To może przyjdź do nas do pokoju obejrzymy razem z tatą jakiś film?
- Nie, zostaw mnie samą.
- Powiesz jak będziesz czegoś potrzebowała?
Na to pytanie odpowiedziała jej cisza… Minął tydzień od tego strasznego wydarzenia. Od tamtej pory nikt nie ma kontaktu z dziewczyną. Wczoraj Ania wyszła ze szpitala, rodzice mieli nadzieję, że w domu jakoś ustabilizuje się to wszystko… że coś się poprawi, ale niestety… Ania cały czas siedzi w ciszy sama w pokoju, przy zgaszonym świetle wpatrując się w słońce, chmury, gwiazdy… nie rozmawia z nikim. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę przeżywa, co czuje. Ona sama nie była tego świadoma. Czuła pustkę, tęsknotę… części jej już nie było… odeszła… i nie wróci… tak bardzo jej tego brakowało… Dnie i noce wyglądały tak samo. Mało jadła, mało spała… mało żyła… z pokoju wychodziła wyłącznie do łazienki i z powrotem… Któregoś dnia Ania postanowiła wyjść na zewnątrz. Narzuciła kurtkę na stary, powyciągany sweter i założyła ciemne okulary. Szwendając się po mieście zauważyła na wystawie piękną czerwoną szkatułkę w kształcie serca. Była wyłożona aksamitnym materiałem i ozdobiona malutkimi, złotymi koralikami, a po środku miała śliczne złote serce. Ania weszła do sklepu i bez zastanowienia się kupiła szkatułkę. Potem poszła na rynek… sama nie wiedziała w jakim celu tam skręciła, ale nogi same ją kierowały. Jej wzrok przykuła biała jak śnieg fasola. Co sprawiło, że ją kupiła? Tego też nie wiedziała… Idąc dalej kierowała się na cmentarz… myślała, że może tam poczuje się bliżej swojego Maleństwa. Zatrzymała się przy grobie dziadka… Usiadła na ławeczce i zaczęła płakać. To był już odruch. Każda myśl o tym wszystkim wywoływała płacz. A myślała jedynie o tym… Podeszła bliżej i ukucnęła przy grobie wpatrując się w płomień palącego się znicza. Tutaj czuła się lepiej niż w domu. Chciała przychodzić tu częściej. Chciała mieć do kogo przychodzić. Wiedziała, że musi coś zrobić, musi poczuć ulgę, rozładować emocje i to napięcie… Teraz zrozumiała, że nie bez przyczyny kupiła fasolkę. Schowała ją do szkatułki, która tak pięknie mieniła się w blasku płomieni. Jeszcze przez parę minut Ania wpatrywała się w nią jak w obrazek… a potem zamknęła i płacząc zakopała w ziemi… i położyła obok dwie małe świeczuszki. Mimo, że jej dziecko nie urodziło się czuła potrzebę pochowania go… Ono zmarło… było martwe kiedy je zabierano… każdego zmarłego należy pochować… Musiała się z nim jakoś pożegnać. Nie znała innego sposobu… chciała się uwolnić od tego wszystkiego, a zarazem być znów blisko dziecka. Jak pogodzić jedno i drugie?
Było już późno, kiedy zadzwoniła komórka Ani. Na wyświetlaczu wyświetliło się “mama”
- gdzie ty jesteś córciu? - zapytała przestraszona
- zaraz przyjdę
- późno już kochanie, nie chodź sama o tej porze, proszę cię.
- ok.
- kocham cię - powiedziała mama, ale już nikt jej nie odpowiedział.
Mimo, że było już naprawdę późno, Ania nie chciała opuszczać cmentarza. Jednak z wielkim bólem podniosła się z zimnej ziemi i poszła do domu, żeby rano znów przyjść do dziecka.

rozdział 16 - [*]

- … ale czy naprawdę już nic więcej nie dało się zrobić? - płakała pani Ela.
- przykro mi… zrobiliśmy wszystko, żeby ich uratować… trzeba być dobrej myśli. Może gdyby chociaż parę godzin wcześniej córka zaczęła coś podejrzewać… może wtedy byłoby inaczej. Przykro mi. - powiedział przyciszonym głosem lekarz trzymając matkę dziewczyny za ramię. Po chwili odszedł zostawiając zapłakaną kobietę na korytarzu.
- Pani Elu… - podeszła do niej Julia - jeśli coś będzie trzeba pomóc, może pani na nas liczyć…
- Dziękuję ci Julia… tak wiele dla nas i dla Ani zrobiłaś… Niech Bóg ci to dziecko wynagrodzi - powiedziała przytulając dziewczynkę do siebie.
Przez kolejne trzy dni wszyscy czuwali przed salą Ani. Niestety nie było żadnych zmian, dziewczyna nadal była nieprzytomna. Obawiano się, że zapadnie w śpiączkę, z której się nie wybudzi miesiącami… Całe szczęście wieczorem Ania wybudziła się…
- Siostro… - zawołała do kobiety, która zmieniała coś przy aparaturze - siostro! - powtórzyła, ale nie zauważyła żadnej reakcji.. - siostro, co z moim dzieckiem? - zapytała w końcu nie czekając, aż siostra na nią spojrzy.
- Aniu… - zaczęła cicho, nie patrząc jej w oczy - …odpoczywaj teraz i zbieraj siły, zaraz przyjdzie do ciebie lekarz - powiedziała już szybko poprawiając jej pościel. Następnie odwróciła się w kierunku wyjścia.
- Ale siostro! Ja pytałam, co z moim Maleństwem - zapytała po raz kolejny zaniepokojona dziewczyna.
Siostra nic nie odpowiedziała, tylko przystanęła chwilę, po czym ruszyła szybko przed siebie. Ania obawiała się najgorszego… nie chciała jednak o tym myśleć… chciała jak najszybciej wiedzieć, co się stało.
- NIECH KTOS MI POWIE, CO Z MOIM DZIECKIEM!!!!!!!!!!!!! - zawołała, zaciskając łzy…
Po chwili w drzwiach stanął doktor Lubrecki, prowadzący ciążę Ani.
- Panie doktorze… niech mi pan wreszcie powie, co się stało, czy dziecko jest zdrowe? Czy nic mu nie jest? Boshhh dlaczego wy wszyscy milczycie?!?!?! - mówiła coraz bardziej zdenerwowana…
- Aniu… uspokój się - zaczął
- Jak mam być spokojna skoro nic nie mogę się dowiedzieć?? - łzy jej ciekły z bezradności.
- Aniu… posłuchaj - spróbował po raz kolejny - to może być dla ciebie szok, ale…
- nie… nie… pan.. pan tylko tak mówi… ale tak naprawdę wszystko jest dobrze, prawda?
- …ale jak do nas przyjechałaś okazało się… że.. płód jest martwy… musieliśmy ratować ciebie.
- NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! TO NIE PRAWDAAAAA!!!!!!!! NIEEEEEEEEEEE!!!! MOJE MALENSTWOOO - wpadła w histerię
- Aniu uspokój się… zrozum nic się nie dało zrobić - lekarz próbował uspokoić wyrywającą się dziewczynę.
- DLA PANA TO BYL TYLKO PLOD!! TO… TO BYLO MOJE DZIECKO ;( - płakała wyrywając się lekarzowi.
- Rozumiem, co czujesz, wiem, że to nie jest łatwe, ale musisz się oszczędzać… jesteś bardzo słaba… zaraz dostaniesz coś na uspokojenie… - powiedział
- nie chce!!!!!!! nie chce nic na uspokojenie!! niech mnie pan zostawi!!!!!!!!!!
- Aniu… to nie wszystko, co powinnaś wiedzieć… - powiedział cicho lekarz
- co… co jeszcze? - płakała
- Dobrze wiesz, że na aborcje było już za późno… do tego płód był martwy… przykro mi, ale niestety… nie będziesz już mogła mieć dzieci… - powiedział przez zaciśnięte gardło
- niech pan stąd wyjdzie! - powiedziała - NIECH PAN MNIE ZOSTAWI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - krzyknęła, kiedy lekarz nie zareagował.
Lekarz wiedział, że działa pod wpływem emocji, więc zostawił ją samą, żeby się z tym wszystkim oswoiła. Jemu również było ciężko… obwiniał się, że niczego nie zauważył. Ale wyniki do samego końca były dobre, a Ania się nie skarżyła na nic…
- Boże co ja takiego zrobiłam?! Czym ja sobie na to zasłużyłam?! Najpierw mnie w niemiły sposób obdarowałeś dzieckiem… a potem, kiedy już je tak pokochałam, tak się do niego przywiązałam, Ty tak po prostu mi je zabierasz!! Dlaczego?! Dlaczego zabrałeś dziecko a mnie tu zostawiłeś?! Ja też chcę odejść… nie chcę już dłużej żyć! Bez Maleństwa… bez dzieci…. nie chce!! NIE CHCE JUZ ŻYC!! Boże proszęęęęę!!!!! Zabierz mnie do mojego Aniołka… DLACZEGOOoooo….???????????